Wspominając wakacje

Rogaś w dolinie Sanu

@Curcuma_Zedoaria

nieuczyckobiet300Redaktor Rogaś wybierał się na owocne wakacje. Owocne będą z pewnością, pomyślał. Rzeczywiście, niebo otaczało redaktora niezwykłą przychylnością, na co dowodem była jego błyskawiczna medialna kariera. Redaktor wiedział, że innych powodów poza wolą niebios nie ma, ale pozostawał dobrej myśli, ufny w łaskawe zrządzenia losu.

Wrzucał tedy wytworne ciuchy do wytwornych walizek, nabytych oczywiście na ostatnich wyprzedażach, następnie nałożył ostatnią warstwę żelu na włosy. Jeszcze rzut oka w lustro – tak! Uśmiechnął się błogo... Jesteś jak marzenie, cukierek, cukiereczek, ciacho, mango-tango... Zakręcił się na pięcie. Jak cudownie jest żyć! Zrzucił walizki przez okno, a sam sfrunął (wdzięcznie) po poręczy schodów.

W pomidorowym ferrari drzemała wczorajsza laska.

– Posuń się, lala! – zawołał

Jeszcze tylko okulary od Gucciego i można opuszczać Warszawę. W tym skromnym, cichym kraju, zapomnianym przez elity, czuł ogrom swoich możliwości. Był symbolem przemian. Rzucił okiem na laskę... Się wymieni, nie problem. Garnęły się do niego jak muchy do spadu, mógł przebierać jak w ulęgałkach.

No i wrzucił bieg, zawarczał i ruszył.

Droga przeleciała w try miga. Redaktor nie zwracał uwagi na znaki, skupił się na doskonałym wewnętrznym samopoczuciu. Z lubością przebiegał w myślach zakamarki swojego ciała. Piękne, piękne.... To był dowód na istnienie Boga. Tyle piękna zaklęte w jednej postaci, to z pewnością nadprzyrodzone...

redaktor w drzewie300 

Na miejscu nastrój trwał. Hotelik tonął w słońcu, leniwe żuczki toczyły gnojowe kulki, a trzmiele buczały leniwie.

Redaktor wynajął luksusowy skromny pokoik. Obsługa przyniosła walizki, laska czekała na korytarzu. Może ją wpuszczę żeby wzięła prysznic, pomyślał. Na co mi taka nieświeża. Po prysznicu była wódka, potem rosolisy, w sumie jakoś poszło...

I znów poranny rytuał przebiegał bez zarzutu. Odbicie w lustrze nie kłamało: ten facet ma klasę!

Redaktora rozpierała radość. Z pieśnią na ustach wybiegł na korytarz, zakręcił się na pięcie i... runął... Bolesny dreszcz przeszył doskonałe ciało... O Boże! Ja cierpię... pełne niedowierzania myśli kołatały się w obtłuczonej głowie. Ja cierpię! Nie może być.

Do auta. Do auta i po pomoc. Jest. Laska znowu zasnęła na siedzeniu. Co ona taka śpiąca, ćpa czy co?

– Hej, laska, obudź się. Będziesz prowadzić, skręciłem kostkę. Nie, nie, odczep się od moich spodni, masz tylko prowadzić! Gdzie? Do lekarza, idiotko, na SOR, tylko szybko!

Ból narastał i redaktor zapadł w półsen. Widział pozwijane ciała szarpane szczypcami inkwizycji... Za co, dlaczego??? Załkał...

 

Na korytarzu SOR kłębił się tłum. Skłębione ciała pociemniałe od bólu i grozy tworzyły jedno ohydne cielsko wołające o pomoc. Niesmak redaktora sięgnął zenitu.

– Jest tu kto? Zawołał. Ja z Warszawy! Z Warszawy!

Dziki tłum nagle ucichł. Tysiąc oczu wbiło się w redaktora.

O Boże, uciekaj… pomyślał, ale już było za późno. Oto w jego kierunku zmierzał już obudzony doktor... Jeszcze przed śniadaniem, osnuty mgiełką wczorajszych zmagań z medycyną, doktor popatrzył na dziwaka. Co to jest, podryguje, płaszczy się i łasi, wciska pod pachę...

– Czego?! – ryknął doktor – nie widzi, że kolejka?!

– Ale ja, ale ja, ja jestem celebrytą i potrzebuję pomocy.... Natychmiast, zaraz, nie mogę tu czekać, to jakaś pomyłka...

Doktor uniósł fafle i obnażył kły. Krótkie warknięcie wydobył z krtani. Stalowym spojrzeniem przygniótł ciało celebryty do brudnej posadzki...

– Zwichnięta kostka? – wydął wargi z pogardą. – Panie, patrz pan, jakie ludzie tu siedzą. Bez rąk, bez nóg, głowy im pourywało, a pan mi kostką głowę zawracasz? Jak pan śmiesz, celebryto jeden!

Słowa jak gromy raniły duszę redaktora. Jego obolała jaźń rejestrowała je jak świśnięcia bata. Jeden, dwa, trzy... Doktorze, błagam, przestań smagać... Już nic, już nic... już pójdę prywatnie...

Ból rozsadzał głowę, kostka pulsowała rytmicznie... Redaktor skacząc na zdrowej nodze dotarł do auta... Laska spała. Ki pies? Trudno, teraz jej nie wyrzucę.

Obudził ją – szukamy lekarza za pieniądze, warknął. Ten Judym na SOR to jakaś pomyłka.  Powinni lepiej wybierać ludzi do tej roli. Ani gadki, ani prezencji nie ma, chamidło, po prostu porażka... Ech, prowincja....

Jeszcze kilka adresów i powoli napięcie zaczęło opadać. Laska zerkała ciekawie. Dotknięty nagłym olśnieniem zapytał. Lala, masz coś ,wiesz, kojącego? Laska sięgnęła za stanik i wyjęła garść blistrów. Rozerwał zębami folię. O tak, teraz już mógł spokojniej szukać pomocy.

 

Po powrocie do Warszawy pędzikiem wpadł do redakcji. Radosny gwar rozmów wypełniał hol. Słuchajcie! Zakrzyknął. Słuchajcie wszyscy! Byłem na SOR!!!!

Zapadła cisza, a po chwili redaktor zniknął pod natłokiem rozognionych redaktorek... Na SOR, popatrzcie, był na SOR, kręciły głową z niedowierzaniem... Ocaleniec!!!

– Co się stało, jak to przeżyłeś?  – zapytała z troską naczelna. – Zresztą poczekaj, szkoda twojego czasu na marne, przynajmniej zarobisz. Damy to na wizję, niech świat się dowie... Poleci w Najnowszych Wiadomościach! Wal! Światłem po oczach, przyszłość Polski w Twoich rękach!

Przymknął oczy i poczuł, jak rodzi się w nim światło. Wreszcie był u siebie...

Wieczorem lekko wybiegł z redakcji. Laska spała w samochodzie.

Znowu. Po kiego? Teraz naprawdę nie była już potrzebna.

Z psem300px

 @Curcuma_Zedoaria
psychiatra


Zbieżność nazwisk i danych, a w szczególności lokalizacja doznanego urazu;) są zupełnie przypadkowe, a fakty wyimaginowane. Życie wewnętrzne postaci wyssane z palca. Jeśli jakieś podejrzenia rodzą się w Waszych głowach, to ani autor(ka), ani redakcja nie ponoszą za nie żadnej odpowiedzialności.
Nadmiar słońca i wakacje szkodzą wszystkim, a zdrowy rozsądek jest pierwszą ofiarą.

Rysunki: Zen