Rogaś w Soczi

@Curcuma_Zedoaria

Skowyt1xminiReportaż ten nie został zamówiony przez redakcję. Zresztą już od dawna Rogaś nie konsultował z nikim swoich kroków. Czuł się dojrzałym, świadomym człowiekiem i śmiało odcinał się od wydawcy. 

Właśnie dostał pilny telefon i natychmiast popędził do ministerstwa. Na miejscu urzędnik średniego szczebla, mocno już zmęczony, wręczył mu pakiet akredytacyjny, pogratulował i dodał: „Minister w pana wierzy! Proszę nas nie zawieść”.

Minister był całkiem świeży, pełen belferskiego optymizmu, przewidywał nawet dwa złote medale i wydawał się wierzyć we wszystko, co mu powiedziano.

Rogaś szybciutko się spakował. Całe życie w podróży. Zawsze gotów stawić czoło nowym wyzwaniom. Biegł na lotnisko. Z trudem łapał oddech. Jeszcze pół godziny do odlotu. Kupi jakiś alkohol, sprawdzi dokumenty i żegnaj, stolico!

Odprawa przeszła gładko i szczęśliwy Rogaś już sadowił się w wygodnym fotelu. Gdy wtem wprawne oko wyłapało siedzącą obok postać. Rogasiowi zmiękły kolana. Tak – ta łydka, ta kostka... Ten bucik na niewysokiej szpilce. Jego wzrok wędrował wyżej i wyżej. Tak, to ona... Piękna, elegancka, tak bezbronna, naiwna i niedoświadczona... Słodkie dziecko. Łania wygnana z ministerialnego chlewika.

– Witam panią – wyjęczał Rogaś.

Obdarzyła go łagodnym uśmiechem i poprawiła się w fotelu. Lot mijał bez przeszkód. Aerofłot nigdy nie zawodził. Rogaś nawet nie zauważył upływu czasu, zajęty wymyślaniem, jak zbliżyć się do swoich snów. Czuł się zakochany, zauroczony, chciał ścielić się do jej stóp, bawić i ochraniać... Setki scenariuszy przebiegało mu przez głowę, a każdy z happy endem w hotelowym pokoju.

Rześkim błękitnym porankiem byli na miejscu. Wokół trwało ostre górskie powietrze. U stóp rozciągała się kotlina spowita czarnym dymem. Zupełnie jak w Krakowie – pomyślał. I poczuł się jak u siebie.

Chwycił walizki koleżanki eksministry i zrobił krok w stronę wyjścia. Błyskawicznie stracił równowagę. Oblodzone płyty górskiego lotniska nie dawały najmniejszej przyczepności. Orszak oficjeli słaniał się i ślizgał przy wtórze przekleństw, okrzyków i popiskiwań pań towarzyszących. W końcu dotarli do hotelu. Gospodarze przepełnieni radością cierpliwie czekali na przedstawicieli bratniego narodu.

Dwugodzinne zamieszanie przy rozdziale pokoi nikomu nie popsuło humoru. Potem przepadła gdzieś panienka z paszportami. Potem zgubiły się bagaże. Potem je odnaleziono w hotelu Jamajczyków. Potem pomylono klucze. Itd., itp. itd. Koniec końców Rogaś się zakwaterował.

A ona miała pokój tuż obok. Za ścianą. Kiedy wstrzymał oddech, słyszał jej łagodną krzątaninę. Delikatny stukot obcasów. Szuranie walizki po podłodze, bezwiednie nuconą piosenkę: „Chociaż znamy się tylko z widzenia”.

Poluzował krawat i rzucił się na łóżko. Trzask łamanych desek zagłuszył wysoki krzyk z sąsiedniego pokoju. Zerwał się z ruin łóżka i pobiegł do niej. Jednym kopnięciem wyważył tekturowe drzwi i skoczył na ratunek. Biedaczka miotała się po pokoju zawinięta w nieoczekiwany całun zasłon, ciągnąc za sobą ciężki metalowy karnisz…

– Już przybywam! – wykrzyczał Rogaś. Chwycił oszalałą ze strachu postać w ramiona, przyciągnął do siebie i jął delikatnie rozwijać z zasłon. Z każdym ruchem rosło jego pożądanie. Rozwijał czule i starannie, świadom czekającej go nagrody. Gdy opadły ostatnie zwoje pluszowej tkaniny, przytulił ją do siebie. Jej rzęsy delikatnie drapały mu policzek.

–Dziękuję – wyszeptała. – Za chwilę przyjdę, tylko odświeżę się po podróży – i zniknęła w czeluściach łazienki.

Przerażony Rogaś zerwał się i pobiegł za nią natychmiast, ale już było za późno. Biedactwo, cała mokra leżała na podłodze przygnieciona prysznicową zasłonką, a z dziury w ścianie wylewał się strumień czarnej cuchnącej cieczy. Znał ten zapach... to, to... Rany boskie! toż to...

Już stała koło niego. Z niedowierzaniem wpatrywała się w dziurę w ścianie. Czarne błoto zalewało łazienkę.

– Ropa, ludzie, ropa!!! – wrzasnęli radośnie. – Jesteśmy bogaci!

Puścili się w radosny tan. Warto było tu przyjechać. Nawet nie zauważyli, jak zebrała się za nimi reszta ekipy.

– Ale woda, skąd weźmiemy wodę? – spytała.

– Rozlewają do butelek w recepcji – burknął minister.

Minister! Rogaś dał się zaskoczyć. Nawet nie pamiętał jego nazwiska. W końcu to taki niszowy resort.

Wysypali się na hotelowy korytarz. Bezładna banda zdezorientowanych działaczy, zahartowanych życiem w socjalizmie. Niektórzy bywali tutaj już wcześniej, podobno nawet wielokrotnie, ale coś się zmieniło. Ludzie, wszędzie ludzie, skąd tu tyle ludzi?

Soczi zawsze było cichym, przytulnym letnim kurortem. Garść tubylców prosto z Moskwy, rząd i jego asysta, i tyle. A tu taki jazgot, taki tłum!

Na ulicy poraził ich jasny blask wiosennego słońca. Starannie wycięto okoliczne drzewka, albowiem wzbierającym kwieciem zagrażały wizerunkowi rosyjskiej zimy. Cóż, taki mamy klimat.

Przewalający się bulwarowy tłum mącił w głowie i tumanił. Oszołomiony Rogaś podziwiał rosyjskie piękności w syberyjskich lisach. Przystawały na jego widok. Śmiały się serdecznie, machały, przesyłały całusy. Jaki piękny mężczyzna – szeptały…

– Czy mógłby mi pan towarzyszyć w zakupach? – spytała wysoka blondynka z ogniem olimpijskim w oczach.

– Ach, Mario! – wyszeptał Rogaś. – Nie mógłbym odmówić.

– Zostaw go! – wrzasnęła Rogasiowa Łania. – Mój ci on jest!

Blondynka błysnęła zimnym blaskiem syberyjskich diamentów i smutna pobiegła dalej.

Wprawne oko Rogasia wyłapywało kolejne znane twarze. Na otwarcie przyjeżdżał także On, władca Wszechrusi, potomek carów, mężczyzna, który chwytem dłoni dławił niedźwiedzie i bratał się z tygrysem. Lub odwrotnie. Może go zobaczy z bliska? Może będzie mu dane?

Ministerialny orszak powoli przebijał się do loży VIP-ów. Usiedli wygodnie, wyciągnęli flaszki. Atmosfera radosnego oczekiwania nachylała się z wolna nad zimową Areną.

Otoczył Łanię ramieniem. Był szczęśliwy, był u siebie. Aczkolwiek szczęśliwy i swobodny, poczuł nagle, że coś go uwiera. Czuł na sobie ciężar tysięcy ludzkich spojrzeń i bezlitosny blask reflektorów. Z wolna zbliżał się ku niemu władczy mężczyzna w stroju dżudoki, przepasany czarnym pasem. Sprężystym krokiem zbliżał się do loży. Mężczyzna, który w jednej chwili kupował narody. Oto podążał ku niemu otoczony wierną gwardią oddanych pretorian. Rogaś zdrętwiał. Nie mógł wciągnąć powietrza, odwrócić spojrzenia... Mężczyzna nachylił się i zajrzał mu w oczy głęboko. Hipnotyzował spojrzeniem. Zniewalał...

– Oddaj mi ją, Rogaś – wyszeptał wskazując na Łanię. – Krasawicę oddaj, po dobroci oddaj.

#

Mocny uchwyt obudził Rogasia z transu.

– Panie Rogaś! Czas na kolejny zabieg! Anestezjolog już jest. Proszę nie gryźć, sam pan wie, że to konieczność. EW* pozwala odzyskać trzeźwość spojrzenia. A dziennikarz musi być obiektywny i trzeźwy. A pan utrudnia, a my już jesteśmy zmęczeni. – Doktor przerwał i odsunął się z szacunkiem. Ktoś jeszcze wszedł do sali.

– Pan poda ramię, zrobimy zastrzyk.

Znał ten głos – łagodny, śpiewny, piękny jak ona. Zza pleców doktora powoli wyłoniła się Łania. Nieśpiesznie, z wolna, leniwym gestem pięknej kobiety podwinęła rękaw Rogasiowej koszuli i głaszcząc po plecach, wsunęła pomiędzy jego zęby sprężystą szpatułkę.

– Proszę nie wypluwać, może się przydać. – Jej łagodny głos powoli rozpływał się w sali. Nad Rogasiem ponownie zawisł strach. To nic, pomyślał, to nic... Dla niej gotów był nawet umrzeć...

Cdn.

@Curcuma_Zedoaria
psychiatra

*EW – popularny skrót na określenie zabiegu elektrowstrząsów. Zabiegu nieco zapomnianego, aczkolwiek koniecznego dla zdrowia psychicznego czwartej władzy, zdarza się bowiem, iż 450 woltów przywraca trzeźwość spojrzenia i czasem otwiera oko na problemy inne niż wyssane z palca.

Rysunek Zen