Po dyżurze

Z pamiętnika medycznego wyrobnika

Beata NIedźwiedzka

Tak zwany ekspert prawdę Ci powie?

Gdy przed wielu laty odbierałam z rak dziekana dyplom ukończenia Akademii Medycznej, po uprzednim złożeniu przysięgi Hipokratesa, byłam przekonana, ze dysponuje wystarczającą wiedzą, by pod okiem starszych lekarzy nabywać  własnego doświadczenia, uzupełnionego  lekturą  nowych książek.              W tej postawie dostatecznego wyksztalcenia, umacniały mnie także  uwagi niektórych poproszonych o rade kolegów ” no przecież mamy takie same dyplomy…” W owych czasach za to co robimy z pacjentem odpowiadaliśmy przed własnym sumieniem, drugim człowiekiem i ordynatorem. No i ewentualnie przed sądem, ale raczej się to nie zdarzało, gdyż staraliśmy się nie popełniać błędów. Po prostu konsultowaliśmy  zawczasu wątpliwe kwestie z innymi. Pacjent jak był wdzięczny to przynosił kwiaty , czekoladki, kawę ; jak był niezadowolony to szedł do kogoś innego. Czasem tylko były jakieś większe awantury.  Tak było kiedyś.

Nowe słowa w ochronie zdrowia

Z biegiem czasu słowo lekarz coraz bardziej było zastępowane słowami personel medyczny , służba zdrowia, aż wreszcie  świadczeniodawca czy usługodawca a słowo leczenie zamieniło się na usługi medyczne. Wraz z tym zmieniało się tez nastawienie społeczne. Bo jeśli lekarza obdarzało się szacunkiem, to od służących służby zdrowia oczekiwało się wykonania usługi na najwyższym poziomie, co wkrótce zaczęto badać za pomocą ankiet. Ocenie podlegało nie tylko skuteczne leczenie, ale także ilość i zakres wystawianych zleceń, łatwość uzyskania upragnionego leku czy badania, punktualność wizyty, zdolności komunikacyjne lekarza a nawet jego  ubranie czy porządek na biurku. Swoje kwestionariusze przygotowały tez duże korporacje medyczne, w których istotnymi punktami były : koszt przeciętnej wizyty i ogólna satysfakcja pacjenta, wyliczona z  ankiet pacjentów.

Oczekiwania rosną

Rosły oczekiwania i roszczenia pacjentów. Coraz mniej był brany pod uwagę  sukces w leczeniu i chęć pomocy drugiemu człowiekowi, czyli to co było kiedyś nadrzędnym celem. By jeszcze bardziej uwidocznić tę zmianę w postrzeganiu społecznym przytoczę dosłownie treść skargi, którą dostał oddział położniczo-ginekologiczny w którym kiedyś pracowałam. Skarga dotyczyła komplikacji , które wystąpiły w czasie trudnego porodu powikłanego dystocją barkową  Oto ona: Z uwagi na to, ze dostaliśmy TOWAR uszkodzony (złamanie obojczyka u dziecka) żądamy udzielenia nam RABATU na usługę znieczulenie ZOP do porodu . Różnicę prosimy wpłacić na nasze konto…”

Pamiętam jak weszły rekomendacje. Kiedyś były niezobowiązująca wskazówką i cennym uzupełnieniem książek dla młodszych kolegów. Stopniowo jednak stawały się coraz bardziej stanowczym nakazem, krępującym  myślenie i inny sposób postepowania, nawet logiczny i uzasadniony w danym przypadku. Doszło do tego, że lekarze nie stosujący się do tych zaleceń są piętnowani, a nawet ryzykują konsekwencjami prawnymi.

Gdzieś w połowie mojej kariery zawodowej pojawiło się pojęcie eksperta, czyli człowieka o szerokim i niekwestionowanym zakresie kompetencji, o głębokiej wiedzy, zarówno praktycznej, jak i teoretycznej. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, ze niejasne są kryteria uzyskania tytułu eksperta i sposoby jego nominowania, w tym określenia osób, które nadają ten tytuł. Czasem ekspertem stawał się ten, kto siedział za stołem przykrytym czerwonym obrusem, w przeciwieństwie do profesorów i klinicystów zajmujących miejsce przed stołem. Ekspertów powołują tez w dowolny sposób różne instytucje i stowarzyszenia. Bywa, że ekspertem w dziedzinie medycyny nazywa siebie osoba, które w ogóle nie jest lekarzem.

Paragrafem w doktora albo droga do nikąd

Nie mam nic przeciwko mądrym ludziom wnoszącym swój cenny wkład w rozwój medycyny, jednak boję się coraz bardziej opresyjnych rekomendacji połączonych z prawnymi represjami, produkowanych przez ekspertów z nadania.

Obawiam się, ze system, który się wyłania może być w kompletnej niezgodzie z naszą wiedzą, logiką i sumieniem. I niestety będziemy się musieli podporządkować, bo jesteśmy TYLKO usługodawcami. Z czasem w ogóle nie będziemy potrzebni, bo rekomendacje może wprowadzić w zycie dowolny człowiek z ulicy lub maszyna.

Beata Niedźwiedzka

lekarz


GdL 7 _ 2021

 

 

 

Dendrologia w wydaniu rodzinnym

Alicja Barwicka

Nie bez powodu zwykło się przyjmować drzewo jako symbol graficzny trwania rodów. Drzewo ma zawsze jakiś początek w postaci pnia, z czasem tworzą się gałęzie, część z nich bujnie się rozrasta, część wręcz odwrotnie, bo też i każde drzewo jest inne. W zakresie rozrastania się lub nie ludzkich rodzin jest podobnie, bo one także różnią się między sobą. Upływający czas kształtuje te nasze rodzinne drzewa pokazując ich niewątpliwe piękno, ale też pozwala na ukrywanie wśród gałęzi i liści cech, które dla osób postronnych nie powinny być od razu widziane. Tak jak w przyrodzie są drzewa stare, w których ocalała rodzinna dokumentacja pozwala lokalizować pień, z którego powstawał ród na XVII - XVIII wiek, ale są i całkiem młode drzewka, bo z jakiś przyczyn początek rodziny osadzamy w okresie półwiecza, czy raptem wieku temu.  

Polski drzewostan zawsze był zróżnicowany

Po zakończeniu wojny opisywana wcześniej rodzina Marty i Antoniego Kowalskich  starała się w Człuchowie odnaleźć spokój i stabilizację, nie zaprzestając poszukiwań drogi powrotu do Bydgoszczy. Najstarsze córki Basia i Jadzia romansowały z przyszłymi mężami, a Halinka, Gosia i Milena pilnie odrabiały zaległości edukacyjne. W tym czasie, w sporej odległości od Człuchowa wyrastało sobie całkiem inne rodzinne drzewo. Od zawsze klepało biedę i było do niej przyzwyczajone, ale i tak, jak na pierwsze lata powojenne miało się bardzo dobrze, bo też i mocno zapuściło korzenie na mazowieckiej równinie. W tej „najbiedniejszej z biednych” rodzinie założonej w początkowych latach XX wieku przez Mariannę z domu Uleńską i Bolesława Stefańskich bieda panowała zawsze. Bolesław był robotnikiem rolnym, czyli sam nie posiadał nic. Pamiętajmy, że  w tamtym czasie polscy robotnicy rolni stanowili najniższą warstwę ludności wsi. Uzależnieni od dziedzica i jego administracji albo od swego gospodarza, pozostawali w systemie zależności osobistej, co odczuwano jako pozostałość stosunków feudalno-pańszczyźnianych. W strukturze społecznej przedwojennej Polski ta grupa stanowiła aż 25%  mieszkańców, co tylko oddaje stan poziomu gospodarczego kraju, który dopiero dźwigał się z niebytu ekonomicznego po odzyskaniu niepodległości. Źródłem środków utrzymania rodzin robotników rolnych była dorywcza praca w majątku lokalnego właściciela ziemskiego. Dziedzic pozwalał nielicznym na bardziej trwałą formę zatrudnienia we dworze, lub w posiadanych włościach. Pozostali mieszkańcy wsi mogli liczyć tylko na doraźne wykonywanie  nisko opłacanej pracy zależnie od aktualnych potrzeb ziemianina. Kiedy dziedzic był człowiekiem życzliwym okolicznym bezrolnym chłopom, pozwalał zbierać chwasty ze swoich upraw i stąd na chłopskich stołach tak bardzo popularna była wówczas zupa z lebiody.

<a href=

Źródło ilustracji:

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/cb/Robotnik_28.10.1931.jpg

Dał nam przykład Bonaparte

Sytuacja polityczna i gospodarcza Polski we wczesnym okresie międzywojnia i raczkujący dopiero polski przemysł nie mógł wchłonąć ogromnej liczby chętnych do pracy, stąd większość osób z najniższych warstw społecznych nie miała żadnych szans na poprawę swojego bytu. Ówczesna Europa dysponowała wiedzą o poziomie biedy polskich robotników rolnych. 3 września 1919 roku pomiędzy rządem RP i Republiki Francji zawarta została Konwencja w przedmiocie emigracji i migracji oraz protokół dodatkowy do tej Konwencji. Ten akt prawny legalizował emigrację zarobkową obywateli obu krajów zapewniając obustronnie respektowanie obowiązujących praw pracowniczych, w szczególności realizowaną przez właściwe państwo opiekę socjalną i zdrowotną. W w/w dokumencie czytamy między innymi: „Rząd Polski i Rząd Francuski postanawiają:

1. Udzielać wszelkich ułatwień administracyjnych mieszkańcom każdego z obu krajów, pragnącym się udać jednostkowo w celach zarobkowych do drugiego kraju lub powracających do ojczyzny…

2. Zezwalać na zbiorowe kontraktowanie robotników w jednym z obu krajów na rachunek przedsiębiorstw, znajdujących się w kraju drugim, z zachowaniem warunków wyszczególnionych w niniejszej konwencji.”

Dzięki takim uwarunkowaniom wielu polskich obywateli, w tym w szczególności robotników  rolnych skorzystało z szansy legalnego zatrudnienia, a tym samym zarobkowania na terenie Francji. Wyjechało wielu, a dzięki ich ciężkiej, ale przede wszystkim regularnie opłacanej pracy we francuskich fabrykach, kopalniach i gospodarstwach rolnych poprawiał się przez następne lata byt pozostawionych w Polsce rodzin.  W 1939 roku przybrały na sile pogłoski o zbliżającej się wojnie, co miało istotny wpływ na podejmowanie przez polskich emigrantów decyzji w sprawie powrotu do kraju. Duża część wybrała emigrację i do Polski nie wróciła. Z możliwości legalnego wyjazdu do pracy na terenie Francji skorzystał również Bolesław Stefański i przez kilka lat pracował fizycznie w kopalni węgla kamiennego w okolicach Lille, wspierając finansowo pozostawioną w Polsce rodzinę. Chociaż nikt nie sądził, że wojna potrwa tak długo i że przyniesie taką masę zbrodni, to ojciec rodziny nie chciał jej pozostawiać samej w niepewnym czasie i tuż przed wybuchem wojny wrócił do swoich.

Bieda w sąsiedztwie palacu

Co prawda rodzina Stefańskich przeprowadzała się kilkakrotnie, ale zawsze były to lokalizacje położone w niezbyt dużej odległości. Młode małżeństwo Marianny i Bolesława rozpoczęło swoją wspólną drogę w małej wsi Psary, położonej w powiecie płockim, gminie Drobin. Tam też w październiku 1923 roku przyszedł na świat ich pierworodny syn Stanisław. W niedługim czasie przenieśli się nieco bardziej na południe do znacznie większej wsi Staroźreby, gdzie w imponującej rezydencji otoczonej rozległym parkiem mieszkał dziedzic tych ziem. Znaczną część majątku zajmował klasycystyczny pałac, będący wynikiem rozbudowy starego dworu, a raczej renesansowej willi wzniesionej w XVI wieku jako rezydencja biskupa chełmskiego Wojciecha Staroźrebskiego. W obecnym kształcie pałac powstał około 1800 roku według projektu słynnego na przełomie XVIII i XIX wieku architekta warszawskiego Hilarego Szpilowskiego dla Onufrego i Ludwiki Bromirskich właścicieli tych ziem do 1875 roku. W kolejnych dziesięcioleciach właścicielami majątku były polskie rodziny ziemiańskie, a jako ostatnia przed wojną rezydowała tu rodzina Karnkowskich. Pałac był otoczony pięknym, zadbanym parkiem z licznymi stawami, starodrzewem (między innymi kilkusetletnią topolą, alejami grabowymi) i słonecznymi polankami. Do tej rozleglej, otoczonej murem posiadłości prowadziła neogotycka brama z krzyżem na szczycie. Współcześnie cały kompleks jest ponownie własnością prywatną, istnieje więc szansa, że zarówno mocno zniszczony pałac jak i zaniedbany park odzyskają jeszcze kiedyś swój dawny blask. Przeprowadzka do Staroźreb nie poprawiła bytu młodej rodziny, nadal nie mieli własnego domu i zajmowali jedynie przydzielone im niewielkie izby w dworskich zabudowaniach. Mieli tu jednak bliżej do dworu, tym samym łatwiej było zdobyć nawet dorywczą pracę, a z takiej się głównie utrzymywano.

Czekoladowa rzeczywistość

Chociaż rodzina była biedna, to wypracowano w dzieciach potrzebę kształcenia. Wiejska szkoła w której wraz z innymi równie biednymi dzieciakami rozpoczynała edukację czwórka (Stanisław, Edek, Ircia i Zosia) z pięciorga rodzeństwa Stefańskich nie mogła ich wiele nauczyć, ale rozbudziła marzenia o innym, lepszym życiu. Tylko najmłodszy Janek urodzony w 1933 roku nie zdążył rozpocząć edukacji przed 01 września 1939 roku. Do rodzinnej historii przeszła opowieść Stanisława o swoim szkolnym koledze, który w odpowiedzi na pytanie nauczyciela kim chciałby zostać jak dorośnie, odpowiedział „fabryką czekolady” . Taka odpowiedź była dla słuchających kolegów szczytem odwagi i to wcale nie przed wyśmianiem. To była deklaracja sięgnięcia w życiu po coś dla ich środowiska absolutnie nieosiągalnego, bo przecież żadne z tych dzieci nie tylko nie znało smaku czekolady, ale też nic nie wskazywało na to, że mogą go kiedyś poznać. Marianna była tylko prostą wieśniaczką, ale w domu regularnie czytano periodyk „Robotnik”, były książki, które czytano dzieciom, póki same tej umiejętności nie nabyły. Cała rodzina była uzdolniona muzycznie i chociaż nie było można nawet marzyć o zapewnieniu rodzeństwu profesjonalnego wykształcenia w tym kierunku, to elementarną wiedzę dzieciarnia zdobywała sama. W domu grano na darowanych przez kogoś skrzypcach i na akordeonie oraz śpiewano „na głosy”. Wszystkie dzieci były ciekawe świata, chciały go poznawać. W tym bardzo biednym domu panowało przekonanie, że tylko zdobycie wiedzy pozwoli na poprawę bytu. Tymczasem jednak Bolesław z najstarszymi synami Stanisławem i Edkiem aż do wybuchu wojny zajmowali się przede wszystkim dworskimi końmi. Ponieważ dziedzic był z ich pracy zadowolony, to z czasem na ten rodzaj zajęcia uzyskali swojego rodzaju patent. Praca nie była lekka, bo obejmowała nie tylko opiekę nad stajniami, ale i ujeżdżanie koni. Powoli dworskie konie stały się ulubionym tematem codziennych rozmów w domu do tego stopnia, że nie mogąc sobie wyobrazić sceny ognia wypadającego z obłoku opisanej w pięknej polskiej kolędzie (Z narodzenia Pana) chłopcy podczas śpiewu spokojnie zamieniali słowo „obłok” na „obrok”, bo w końcu dawali tę paszę koniom każdego dnia i taka scena była dla nich bardziej rzeczywista. Sytuacja ekonomiczna rodziny poprawiła się w niewielkim zakresie dzięki pracy Bolesława we francuskiej kopalni, ale przez wybuch wojny bieda szybko tu powróciła.

Maszyna do produkcji czekolady

Źródło ilustracji:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Czekolada#/media/Plik:Chocolat_broyeuse.jpg

Marzenia do przechowania

Kiedy wybuchła wojna całą ludność w Polsce, w tym również rodzinę Stefańskich dotykały wszystkie dolegliwości dnia codziennego, zwłaszcza narastająca bieda, głód, lęk o życie, możliwe represje ze strony niemieckiego okupanta grożące za każde podejrzenie o niesubordynację. W siedmioosobowej rodzinie Stefańskich wybuch wojny nie zmienił tylko stale towarzyszącej im biedy, a dodatkowo zniweczył marzenia dzieci dotyczące edukacji. Ojciec rodziny z racji wieku i stanu zdrowia nadwątlonego ciężką, fizyczną pracą we francuskiej kopalni nie został wcielony do armii. Już od początku wojny żeby mieć co jeść nadal zajmowano się końmi, chociaż już nie tylko dworskimi, ale i tymi będącymi na wyposażeniu wojska. Poza sprzedażą tego, co wyrosło w przydomowym ogródku było to główne źródło niewielkiego dochodu rodziny. Dzieci nie mogły się kształcić, a ich marzenia o edukacyjnej drodze do osiągnięcia celu jakim byłby lepszy los zostały póki co odłożone na później. Musiały się zadowolić pomocą w gospodarstwie, chowaniem w ziemiance kartofli przed Niemcami i wędrówkami na targ z warzywami, nieraz nawet z  towarem deficytowym np. kurą, by móc sprzedać towar równie biednym jak oni, a za uzyskane środki kupić potrzebne aktualnie leki, czy nieco ziarna pod zasiew. Te piesze wyprawy dla ówczesnych nastolatków Stasia i Edka bywały czasem bardzo niebezpieczne, a jedna z najdłuższych kiedy po sól - szli pieszo do Warszawy (odległość ok. 120 km) z towarem przez cztery dni bocznymi drogami, śpiąc w stogach siana i chowając się przed patrolami niemieckimi obfitowała w taką masę przygód, że mogłaby stanowić tło dobrej sensacyjnej fabuły. Była wojna i było nie tylko głodno, ale i bardzo niebezpiecznie również dla dzieci. W najbliższej okolicy ciągle pojawiali się Niemcy. Marianna jak każda matka chroniła przede wszystkim dzieci. Dziewczynki postanowiła „przechować” u dalszych krewnych w okolicy mniej przez okupanta nawiedzanej. Ircia rozumiała konieczność rozstania z najbliższymi, ale młodszej, wówczas jedenastoletniej Zosi zupełnie taki pomysł nie odpowiadał, chciała być we własnym domu, postanowiła więc uciec. Podczas tej eskapady trafiła na znudzonego niemieckiego żołnierza, który goniąc dziewczynkę zaczął ją ostrzeliwać z posiadanej broni. Uratowała ją znajomość terenu dzięki czemu mogła się ukryć, bo w bezpośredniej ucieczce przez pola nie miałaby żadnych szans. To doświadczenie zapamiętała na całe życie. Stanisław i Edek byli świadomymi nastolatkami i koniecznie chcieli walczyć z najeźdźcą. Byli zbyt młodzi na legalny pobór, ale snuli plany alternatywnych dróg walki. Chociaż rodzice pilnowali, by nie udało się tych planów zrealizować, to pełni zapału chłopcy podejmowali  próby… Napiszę o tym w kolejnej odsłonie rodzinnych losów.

Alicja Barwicka

GdL 7 _ 2021

Moje wcześniejsze artykuł z serii Świat się zmienia, pisz wspomnienia

1. Świat się zmienia, pisz wspomnienia: Nieustający czas wojny

https://gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly/1080-swiat-sie-zmienia-pisz-wspomnienia-nieustajacy-czas-wojny

2. Świat się zmienia, pisz wspomnienia: Czas pokoju czy niepokoju?

https://gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly/1135-swiat-sie-zmienia-pisz-wspomnienia-czas-pokoju-czy-niepokoju

3. Świat się zmienia, pisz wspomnienia: W jedności siła

https://gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly/1136-swiat-sie-zmienia-pisz-wspomnienia-w-jednosci-sila

 

Porozumienie Jeleni albo IV Rzeczpospolita Medyczna - tekst napisany w 2006 r.

porozumienie jeleni400

Fragmenty wyjęte z pamięci 

Środa, 20 sierpnia 2006 r.

Krystyna Knypl

IV Rzeczpospolita Medyczna będzie śliczna, taka trochę zagraniczna, cyniczna, niepraktyczna, eklektyczna, tragiczna, dramatyczna, i dlatego mówię ci, kolego, minister zarządził burzę mózgów, nasz Zeus gromowładny, ładny, zaradny, paradny, bezradny.

Czytaj więcej: Porozumienie Jeleni albo IV Rzeczpospolita Medyczna - tekst napisany w 2006 r.

Zakochany tenor

Krystyna Knypl

Wstęp

Marcowe dni nigdy nie mają zdecydowanego charakteru. W powietrzu nie czuje się już zimy, ale też nie da się powiedzieć, że nadeszła wiosna. W taki nie-wiadomo-jaki-dzień może nie wiadomo co się zdarzyć – to oczywiste i w historii ludzkości jest wiele dowodów na potwierdzenie, że bywa to ten dzień naprawdę niezwykły.

W niewielkim mieszkaniu przy placu Politechniki w Warszawie mężczyzna postawił na stole talerzyk z białym serem i bez pośpiechu zasiadł do śniadania. Ubrany był w trochę staromodną bordową bonżurkę, którą pod szyją wieńczył gustowny fular w zbliżonej tonacji kolorystycznej. Dochodziła godzina jedenasta. Z zegara wyskoczyła kukułka i rozpoczęła swojej uporczywe kuku-kuku. Nieoczekiwanie dźwięki wydobywające się z zegara zagłuszył dzwonek telefonu.

Czytaj więcej: Zakochany tenor

Swingowo-pandemiczne refleksje muzyczne

swing1939 2011 1000

Lektura na karnawał

Aleksandra Zasimowicz

Jak świat światem na lekcjach historii uczy się o wielkich wojnach, sojuszach, bitwach przegranych i wygranych. Łupy bywają większe i mniej znaczące, dające krócej lub dłużej trwające zyski bądź straty. Historia nazywa to porządkiem świata i usiłuje nas, maluczkich przez swoje meandry przeprowadzić. Kiedy świat leczył rany po I wojnie światowej, już do głosu usiłowali dochodzić ci, którzy z jej wyników zadowoleni nie byli. Zanim nadszedł wielki kryzys, zaczęły się szalone lata dwudzieste, lata trzydzieste. Na czym polegało to szaleństwo? Świat starał się udawać, że nie widzi zniszczeń po I wojnie i zachowywał się tak, jakby już czuł, że nadejdzie kolejna wojna, przed którą trzeba wszystko odbudować, zgromadzić i znów posiadać. Lata dwudzieste to również wielka epidemia hiszpanki. Dzisiaj, kiedy bogata, choć niemłoda Europa nie może sobie poradzić z kolejnym pomorem, nikogo nie trzeba przekonywać, jak straszne było to doświadczenie dla współczesnych.

Czytaj więcej: Swingowo-pandemiczne refleksje muzyczne

Taneczne ekspresje

Tango400

Aleksandra Zasimowicz

Czy taniec to szaleństwo naszych czasów? Otóż nie! Taniec istnieje znacznie dłużej niż sięga nasza pamięć, a nawet tak zwana pamięć zbiorowa. Towarzyszył ludziom od zarania dziejów i był obecny w codzienności pierwszych cywilizacji. Każde plemiona miały swoje rytuały przejścia i zawsze towarzyszył im grupowy taniec. Przed walką wojownicy dodawali sobie odwagi, wykonując rytualne tańce. Szaman, nim brał się za leczenie, wykonywał taniec, który dawał mu boskie prawo uzdrowienia. Powstałe przed nastaniem naszej ery malowidła naskalne przedstawiają nie tylko sceny polowań, ale i tańca. Dawid tańczył przed Arką, Salome przed Herodem, a Estera przed Aswerosem. Opisy tańca znajdują się nie tylko w Biblii, ale i w antycznych tekstach, chociażby u Homera. Może to właśnie powszedniość zjawiska była przyczyną, że całkiem niedawno kreatywny, a niekoniecznie pilny uczeń mógł na maturze zdawać historię tańca. Te nowatorskie pomysły edukacyjne dzisiaj są przeszłością, więc nie dowiemy się, czy zakres wiedzy obejmował też break dance lub capoeirę.

Czytaj więcej: Taneczne ekspresje

Anatomia na szpilkach: Męskie sprawy

Mohito250

Między fikcją a rzeczywistością

Krystyna Knypl

Madame De Ma Gog wróciła do domu przed północą. Dzieci już spały ułożone do snu przez meksykańską nianię. Adam siedział przy komputerze, sączył mojito i intensywnie klikał, ani na chwilę nie przestając kląć. Rozkojarzonym wzrokiem spojrzał na żonę. A może by tak… – pomyślał omiatając wzrokiem perfekcyjną kobiecą sylwetkę. Jednak po chwili przypomniał sobie, co przy barze powtarzał stary Rodriguez: „Kiedy sączysz swe mojito, nie zadawaj się z kobitą”.

Czytaj więcej: Anatomia na szpilkach: Męskie sprawy

Anatomia na szpilkach: Madame De Ma Gog

madame de ma gog1660

Kardiolożka interwencyjna madame De Ma Gog, jedna z nielicznych kobiet wyspecjalizowanych w tej dziedzinie medycyny zabiegowej w Arizonie, weszła drobnym, acz szybkim krokiem do pracowni interwencji medycznych. Przelotnie spojrzała w lustro, aby upewnić się, czy jej koreańska fryzura wykonana wczoraj w salonie fryzjerskim „Afro & Korea” dobrze się prezentuje. Była fit!

Czytaj więcej: Anatomia na szpilkach: Madame De Ma Gog

Anatomia na szpilkach 3

Krystyna Knypl

DSC03421 400

Rozdział 3

Wizyta studyjna w Paryżu

Anastazy jako certyfikowany naukowiec najwyższych lotów z imponującym impact factor wynoszącym 0,017 i ambitnie podążającym do 0,018 zwracał zawsze uwagę na zbieżność poczynań badawczych Wielkiego Uniwersytetu Medycznego z trendami nauki światowej. Oczywiście kłuła go w sam czubek lewej komory serca niedająca się w żaden sposób opanować zazdrość, że taką Matyldę Przekorę, autorkę pisującą do prasy kolorowej, czytały miesięcznie i cytowały na swoich blogach setki tysięcy czytelniczek i czytelników.

Czytaj więcej: Anatomia na szpilkach 3

Anatomia na szpilkach 1-2

Krystyna Knypl

Motto

(…) niezadowolenie jest jedną z kluczowych cech, które z człowieka czynią pisarza. Nie wystarcza cierpliwość i znój, musimy czuć przymus ucieczki od tłumów, towarzystwa, życia codziennego i zamknięcia się na osobności. Pragniemy cierpliwości i nadziei, byśmy w naszych dziełach potrafili stworzyć pełne głębi światy.

(…) Pisarz zamykający się w pokoju z początku rusza w podróż w głąb siebie, by po latach odkryć wieczne prawo rządzące literaturą: musi posiąść sztukę opowiadania własnych opowieści tak, jakby były one opowieściami wszystkich ludzi, jak też sztukę tworzenia opowieści innych ludzi tak, jakby były one jego własnymi opowieściami, bo tym właśnie jest literatura.

Orhan Pamuk, wystąpienie podczas wręczenia Nagrody Nobla 2006.

Czytaj więcej: Anatomia na szpilkach 1-2

Anatomia na szpilkach

Moja nowa powieść

Krystyna Knypl

Trudny czas, jaki przeżywamy, postawił nas wszystkich w szczególnych okolicznościach. Jest wiele pomysłów i recept, że o wytycznych nie wspomnę, na poradzenie sobie z nową sytuacją. Moja propozycja brzmi: Świat się zmienia, pisz wspomnienia.
Swoje zbeletryzowane wspomnienia zawarłam w nowej powieści Anatomia na szpilkach. Oto jeden z jej rozdziałów.

Czytaj więcej: Anatomia na szpilkach

Research on bed bugs...

... czyli jeszcze o wstydliwym problemie łóżkowym

From: Jen Miller
Sent: Wednesday, November 29, 2017 5:09 PM
To: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Subject: Research on Bed Bugs

Czytaj więcej: Research on bed bugs...

Niezwykłe koty sześciopalczaste

Floridakeys nasa400Powracamy do kotów Ernesta Hemingwaya

Krystyna Knypl

Po czterech latach (GdL 3_2013)ponownie odwiedzamy archipelag Florida Keys, składający się z kilkuset wysepek, który jest niczym ogon kota, jeżeli przyjmiemy, że tułów stanowi półwysep, na którym obowiązuje hasło „Fun and sun”. Poszczególne elementy archipelagu łączy Overseas Highway, szerokopasmowa autostrada, na którą składają się 42 mosty spinające trzydzieści wysepek w jedną niebanalną krajobrazowo całość.

Czytaj więcej: Niezwykłe koty sześciopalczaste

W podróży nie ma takiej drogi...

50gdl 7 2016660

...którą znasz na pamięć

Krystyna Knypl

Wyjazd do Paryża na dzień otwarty szpitali uniwersyteckich był kilkunastym w mojej karierze podróżniczej w tym kierunku. Zdawałoby się, że mogę go odbyć z zamkniętymi oczami... Tymczasem okazało się, że w każdej podróży trzeba mieć oczy szeroko otwarte i sprawdzać wszystko co najmniej trzy razy.

Czytaj więcej: W podróży nie ma takiej drogi...

Najlepsze bagietki są na…

DSC 6406400

Konkurs na paryską bagietkę 2015

Katarzyna Kowalska

Konkurs Grand Prix de la Baguette de Tradition Française de la Ville de Paris rozstrzygnięty! Laureatem został Djibril Bodian, szef piekarni Le Grenier à Pain przy 38 rue des Abbesses. To niepierwszy sukces tego piekarza w konkursie na najlepszą bagietkę. Uzyskał on pierwsze miejsce także w 2010 roku (http://parisbymouth.com/grenier-a-pain-abbesses/).

Czytaj więcej: Najlepsze bagietki są na…

Kwiaty polskie

Kwiatek czysty, smutnego sierca ucieszenie…
(Staropolska pieśń maryjna łącząca symbolikę kwietną i kardiologiczną)

A kwiecie owoc prawdy da w ostatku
(Dante Alighieri, Boska komedia, pieśń XXVII w. 148)

20160908 081739 k400

Rafał Stadryniak = @Grypa

Kwiaty są symbolem delikatności. Przez te cuda natury można wyrażać swoje uczucia, zanim zwiędną. Znany wtajemniczonym sekretny język miłości potrafi przekazywać cuda za pomocą kwiatów. Jednostronnie wszakże. Głównie od mężczyzn. Kobiety za to mają wachlarze, przynajmniej te w Chinach, które to akcesoria są podobno bardzo wymowne. W przychodni nie było wachlarzy, ale kwiatów nie brakowało. Już uspokajam. Tych przynoszonych kiedyś przez pacjentów to brakowało, chociaż nikt za nimi nie tęsknił.

Czytaj więcej: Kwiaty polskie

Lekarz ma kota?

buraskaIMGP4088 660

Ewa Dereszak-Kozanecka

Dostałam zadanie. Skreślić słów kilka na temat posiadania kota. I to na dodatek pod kątem bycia lekarzem. Zadanie brzmiało: Napisz tekst na temat „Lekarz ma kota”.

Ala ma kota, wariatka ma kota, wszyscy mamy kota. Ale czy lekarz ma kota jakoś szczególnie?

Czytaj więcej: Lekarz ma kota?

Czyli...

DSC 3421 150

Aż nazbyt szczęśliwi rolnicy, gdyby swe szczęście znali
(Wergiliusz Georgiki II)

Wszystkie łąki, pastwiska, wszystkie góry i pagórki są aptekami
(Paracelsus)

Wy zaś, jakkolwiek usiądziecie,
Muzykantami nie będziecie
(Iwan Kryłow Kwartet)

...rolnik

Rafał Stadryniak = @Grypa

Praca rolnika jest znojna i ważna. Zawsze taka była, odkąd człowiek zdał sobie sprawę, że musi coś jeść i że samo na talerz nie przyjdzie. Obecnie jedzenie jest wszechobecne, w lodówce zawsze pali się światło, a rolnicy, czy raczej biznesmeni rolni, dysponują w obiegowej opinii ekskluzywnym systemem ubezpieczeniowym, hektarami gruntów i całym parkiem maszynowym. Narzędzia rolnicze i sprzęt ręczny mają wartość historyczną i jako takie wiszą na ścianach skansenów, nabywając wartości kolekcjonerskiej.

Czytaj więcej: Czyli...

Zakaz odwiedzin...

DSC02462 300

Pestis perniciossima (najzgubniejsza zaraza).
(Pius IX z encykliki Qui pluribus o liberalizmie katolickim)

Już w gruzach leżą Maurów posady
Naród ich dźwiga żelaza
Bronią się jeszcze twierdze Granady
Ale w Granadzie zaraza
(Adam Mickiewicz Ballada o Alpuharze)

...i dlaczego

Rafał Stadryniak = @Grypa

Podobno kto używa słowa dlaczego przemawiając, przyciąga uwagę. I proszę, ktoś właśnie czyta te słowa…

Kartka z zakazem odwiedzin pojawiła się znienacka tuż po świętach na wszystkich wejściach do szpitala. Zwykła kartka w koszulce nylonowej, druk standardowy. Krążyły w szpitalu plotki, że to może być zarządzenie dyrekcji. Brzmiała dobrze „Całkowity zakaz odwiedzin z powodu grypy”.

Czytaj więcej: Zakaz odwiedzin...

Jak przeżyć na dyżurze...

Już pożegnałem cię – jeszcze bądź zdrowa. (Juliusz Słowacki)

Umieram z pomocą zbyt wielu lekarzy.(Ostatnie słowa Aleksandra Wielkiego. Później plagiatowane nieskończoną ilość razy.)

... czyli sztuka odsyłania

Rafał Stadryniak = @Grypa

DSC 3956 660

Wiało i lało, ale w szpitalu praca nawet na moment nie zwalniała. Karetki dowoziły kolejnych nieszczęśników. Niektórzy sami najpierw doczołgiwali się, a potem odczołgiwali z oddziału medycyny ratunkowej. Oddziały szpitalne trzeszczały z powodu przeludnienia. Na korytarzach, zwanych teraz salami „K” zadomowili się pacjenci. Z tak przeważającymi siłami chorych szpital radził sobie jedynie za pomocą stażystów i rezydentów. Byli też pojedynczy starsi lekarze, którzy nie zauważyli, że minęło 30 lat pracy na SORze.

Czytaj więcej: Jak przeżyć na dyżurze...

Telemedycyna

Odległość nie znaczy nic, kiedy ktoś znaczy dla ciebie wszystko. (Zassane z internetu)

It’s a long, long way to Tipperary. (Z irlandzkiej piosenki Jacka Judge’a, symbolizuje długą drogę do celu)

Odległość, która leczy

Rafał Stadryniak = @Grypa

Wszyscy się już przyzwyczailiśmy, że leczenie odbywa się w bliskim kontakcie, żeby nie powiedzieć w zwarciu, a tu, proszę, pączkuje sobie zuchwale myśl przeciwna. Leczmy z daleka. Uprawiajmy telemedycynę. Oszczędność na rękawiczkach, maseczkach, biletach. Pacjent siedzi w domu – ma komfort. Doktor siedzi w domu – ma komfort.

DSC07725660

Czytaj więcej: Telemedycyna

Opowiadanie dla czytelnika dorosłego, wyrobionego i przychylnego

Lepiej umrzeć, niż żebrać. (Syr 40, 28)

Każdemu według jego potrzeb, od każdego według jego sił. (Etienne Cabet)

W krainie żądań

Rafał Stadryniak = @Grypa

DSC05194 400

Zaczęło się niewinnie. Przychodnia pracowała pełną parą, jak to bywa jesienią. Chorowali wszyscy: ci, co zwykle, a nawet ci, co mówili, że nie chcą chorować. Specjalnością lokalną (local specialitete) było przyprowadzanie zdrowych dzieci, żeby je przebadać, czy czasem nie będą chore. Taka chora tradycja.

Czytaj więcej: Opowiadanie dla czytelnika dorosłego, wyrobionego i przychylnego

Pies na chorych...

Cała wiedza, suma wszystkich pytań i odpowiedzi zawarta jest w psie. (Franz Kafka z księgi Dociekanie psa)

Są dwa sposoby na to, żeby znaleźć się na wierzchołku dębu. Jeden, to usiąść na żołędziu i czekać. Drugi, to wspiąć się na drzewo. (Charles Kemmons Wilson)

... czyli szukaj, Szarik, szukaj!

Rafał Stadryniak = @Grypa

O psie na baby wszyscy słyszeli, a niektórzy nawet o tym psie marzą po cichu. Tym jednak razem mowa o innym psie, który spuszczony na chorych, w imię Hipokratesa, nie spocznie, dopóki nie zdiagnozuje lub, jak się czasem też trafia, zadiagnozuje.

smoczekkk660

Są różne rodzaje takich psów. Cała kynologia medyczna. Jedne robią badania, żeby się coś działo, a inne jak bulteriery wchodzą z diagnostyką jak przysłowiowy przecinak w masło. Tych potem opiewają w pieśniach.

Czytaj więcej: Pies na chorych...

Łaskawa pamięć...

Pamiętajcie, mnie tu nie ma. (Słowa Stanisława Dziwisza skierowane do dziennikarzy w czasach, gdy był sekretarzem papieskim)

Fuimus Troes, fuit Ilium – byliśmy Trojanami, była Troja. (Wergiliusz, wspomnienie dawnych dobrych czasów...)

... ulotna pamięć 

Rafał Stadryniak = @Grypa

nalapach2400

Był wczesny ranek. Nasz Doktor dopijał pierwszą kawę. Dzień zaczął się jak u Hitchcocka. W jednej chwili było rześkie chłodne powietrze sączące się przez uchylone drzwi balkonowe, szelest wysokich, ozdobnych traw i delikatny szron na równiutkim trawniku. W następnej rozległ się łomot w okno i coś kolorowego przemknęło na ułamek sekundy.

Czytaj więcej: Łaskawa pamięć...

Bój się...

klodka200

Jeśli ktoś żyje według zaleceń lekarza, żyje nędznie (Richard Burton)

Świat się przewrócił. Więcej teraz lekarzy niż chorych (Albert Camus)

... czyli medycyna instynktowna

Rafał Stadryniak = @Grypa

Za lekarzem stoją lata wkuwania i praktyki podszytej strachem, za pacjentem stoją murem internet i sąsiedzi. Można powiedzieć, że jest remis i równowaga. Można sobie mówić…

Czytaj więcej: Bój się...

Dzieci w gabinecie i w życiu...

Dziecka nie trzeba tolerować. Dziecko trzeba polerować. Anonim (ale i tak odważny…)

... czyli wiele hałasu o nic

Rafał Stadryniak = @Grypa

zdzieckiem660

Nasz Doktor, jak na rodzinnego przystało, dawał radę przyjmować dzieci, nie tzw. betowce wszakże. Betowce to małe, roczne stworzenia zakutane w beciki.

Przyjmowanie chodzących i demolujących gabinet stworzeń już leżało w jego kompetencjach. To proste – jak coś demoluje ci gabinet, to nie może być bardzo chore.

Czytaj więcej: Dzieci w gabinecie i w życiu...

XI Polsko-Francuska Konferencja Pulmonologiczna

DSC00483 660

Konferencja odbywająca się w Warszawie w dniach 30.09-1.10.2016 została zorganizowana przez Polskie Towarzystwo Chorób Płuc oraz l'Espace Francophone de Pneumologie. Językiem obrad jest francuski.
Poza lekarzami z Polski i Francji uczestniczą w konferencji lekarze z takich krajów jak Algieria, Białoruś, Mauritius, Mołdawia, Rumunia, Tunezja.

Czytaj więcej: XI Polsko-Francuska Konferencja Pulmonologiczna