As tu nagle... taka stara torba

Motto: Blade liczko ma, lecz śmieje się… (Z piosenki o bombie, którą znalazł dziadek – zasłyszane w młodości)

Bogów na świecie stworzył naprzód strach. (Publius Paninus Statius)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Rzeczy dzieją się normalnie w swoim określonym tempie, ale człowiek nie potrafi tego docenić i zawsze musi dorzucić swoje trzy grosze. Albo coś idzie za wolno, albo za szybko i do tego kulawo. Nigdy tak jak się spodziewamy lub jak sobie życzymy. Na pewno większość niemająca tzw. genu przygody, skłaniającego do zachowań ryzykownych, nie lubi być zaskakiwana. No to medycyna nie dla nich…

Wyjątkiem są dzieci,

które uwielbiają zasadzki, zwroty akcji i wręcz lubią się bać. Czytając nudną bajkę pięciolatce możemy być pewni, że będzie nas pobudzać do wymyślania jakichś horrorów.

My czytamy, że baranek, że królewna, że zbiera kwiaty, że ptaszek leci. A brzdąc grobowym głosem przyśpiesza, sepleniąc: As tu nagle

My o zajączkach, pracowitych bobrach, pszczółkach i motylkach, a maluch z niedoborem adrenaliny wtrąca pełnym napięcia głosikiem: As tu nagle

20130702 082150 660

No to dobrze, jak chce, to niech ma. Baranek zjada ptaszki, królewna puszcza zajączki jak kaczki po wodzie, motylki krzyżują się z pszczółkami, królewnę w finale porywają dzikie bobry…

Dziecko ma oczęta rozszerzone ze strachu, ale chichocze nerwowo.

Z dorosłymi jest inaczej.

Nasz Doktor zaciągnął się tą banalną myślą.

Zwłaszcza w medycynie nie lubimy być zaskakiwani, bo nie są to niespodzianki ani przyjemne, ani sympatyczne. Tutaj królewny nigdy nie porywają dobre bobry.

Nagle okazuje się, że dwie linijki opisu hist-pat determinują czyjeś życie lub oznaczają wyrok.

Nagłe zwroty akcji na SORze są wpisane w definicję dobrego scenariusza wg starego Hitchcocka. Na początku zajeżdża karetka z chorym, a potem jest cały czas jedno wielkie As tu nagle

Definicja nagłości klasyczna różni się od definicji pacjentów, np. nocnych pomocy medycznych. Tam o północy spotyka się pacjent z kaszlem od miesięcy z innym, który zakasłał z wieczora. Pacjent ze skręconą kostką od tygodni, który nie miał czasu zgłosić się do lekarza (i oczekuje nagrody za swoje bohaterstwo) z takim, którego dwa tygodnie temu zakłuło w nodze i przestało, a on do tej pory nie wie, co to mogło być. Pora to wyjaśnić… Jeszcze pięć minut do północy…

Nasz Doktor trzymał się zaś bardziej klasycznej interpretacji nagłości, którą wyniósł ze studiów, a konkretnie z pierwszych zajęć patomorfologii. Ćwiczenia prowadził doświadczony lekarz, który z niejednego pieca chleb jadł i pływał na statku jako lekarz okrętowy.

Patomorfologia ważna rzecz i ciężki przedmiot. Książki do patomorfologii o konsystencji i ciężarze cegły potwierdzały, że „patomorfa” to nie jakieś przelotne michałki i efemerydy. Pływający Asystent rzucił na początek w zaaferowaną i przestraszoną gromadkę studencką pytanie: „Co to jest nagły?” Następnie przeszedł się po sali, utwierdzając się w przekonaniu, że młodzież nie ma pojęcia, o co mu chodzi. Pokazywał palcem kolejno studentów, którzy wstawali niemo, ogłuszeni pytaniem.

Następnym punktem programu było objaśnienie, że nagły w języku patomorfo to taki przypadek, gdzie nie zdążyły się jeszcze wytworzyć zmiany w komórkach. Porażeni tą mądrością studenci długo nie mogli dojść do siebie. To że nie zrozumieli zupełnie pytania, byli w stanie jeszcze przeboleć. Natomiast zostali przywaleni pięknem i prostotą odpowiedzi. Mieli prawo wierzyć swojemu Pływającemu Asystentowi, tym bardziej że wykazywał się on zadziwiającą spostrzegawczością w relacjach międzyludzkich. Dla każdego studenta podchodził indywidualnie, nadając boleśnie celne pseudonimy. Do koleżanki, która ubierała się dość wyzywająco, zwracał się nie inaczej niż per „kobieto doświadczona”.

Z perspektywy czasu Nasz Doktor dostrzegał w tym coraz większą dozę komizmu i dowcip Pływającego.

Obecnie Nasz Doktor siedział sobie w przychodni, jak to mówią w NFZ, jak u Pana Boga za piecem i przyjmował, i przyjmował. Ludzi przyjmował.

Miał dziwne wrażenie,

że przypadki banalne i zupełnie niepilne stają się nagle nagłymi, gdy zadziała jakiś katalizator. Zupełnie jakby co pewien czas pięciolatka powtarzała, strasząc się sama: As tu nagle

Banalne zmiany skórne nagle zaczynają budzić zainteresowanie po emisji reklamy i obróbce tematu w Googlach. Pacjent dopytuje się, czy to na pewno nie rak. Raczej nie. A na sto procent? Na sto procent to się wytnie, się zobaczy. Albo standardowe objawy zużycia różnych narządów u seniorów stają się nagle przedmiotem gwałtownej diagnostyki, gdy zjawia się dociekliwa rodzina świeżo po obejrzeniu programu w TV śniadaniowej.

Polski pacjent ma zawsze na koniec wizyty u lekarza dwa zasadnicze pytania, gdy mimo usilnej diagnostyki nie znaleziono konkretnego schorzenia: „Czyli jestem zdrowy?’ i „W której aptece jest najtaniej?”

Nasz Doktor tłumaczył cierpliwie, że nigdy nie odważyłby się nikomu wmawiać, że jest zdrowy, tym bardziej że pytanie zadawane było w zaczepnym tonie. Tłumaczył, że definicja zdrowia wg WHO jest bardzo pojemna i zasadniczo nieosiągnięcie pełnego dobrostanu, czy to fizycznego czy też psychicznego od ręki nie pozwala na używanie słowa „zdrowie”.

Inni pacjenci, gdy Doktor wyjaśniał, co się tym razem zepsuło w organizmie, pytali wprost: „Ale nie umrę?” Pytanie zadawane z lękiem, a odpowiedź musi być spokojna. W myślach kotłowały się Doktorowi gotowe odpowiedzi, które nie nadawały się do zacytowania choremu: „Mam nadzieję, że nie na moim dyżurze, wierzę, że nie będzie pan się męczył długo…” Pozostawało jedynie głośno pofilozofować na temat „wszyscy umrzemy” i „Piasecki wszystkich uleczy”.

Nasz Doktor siedział sobie w przychodni

i spokojnie przyjmował pacjenta za pacjentem. Dzisiaj był wyjątkowo wręcz spokojny i skoncentrowany wyłącznie na pracy, czując w kościach wczorajszy ciężki dyżur. Nie miał siły szczypać pielęgniarek, rutynowo flirtować z pacjentkami w różnym wieku, jednakowoż zawsze powyżej 18 r.ż. Miał jedynie siłę przyjmować, przyjmować…

Jak na złość przyszli dzisiaj wszyscy ci pacjenci, o których w przychodni mówiło się „znany pacjent”.

Pokazał się kolega z podstawówki, który naocznie przypominał Doktorowi błagalną inwokację: Panie Boże, ochroń nas od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam.

Pacjent, nazwijmy go Bochenek (wybacz mi, profesorze – Nasz Doktor zwrócił oczy do nieba, gdzie przebywał autor słynnych ośmiu tomów anatomii), otóż pacjent Bochenek grzązł w niekończących się dywagacjach o zdrowym trybie życia, ćwiczeniach. Jedynym mankamentem był fakt, że nie przestrzegał żadnych zaleceń. Czyli mocny tylko w gębie i spragniony diagnostyki. Natomiast zawsze starał się podzielić swoimi niepowodzeniami z Doktorem. Tak po starej znajomości.

Dzisiaj też nie miał lekko. Opowiadał z ożywieniem o swoich planach zrzucenia wagi, programach ćwiczeniowych, przyszłych rygorach dietetycznych, słowem science fiction.

Nasz Doktor przyłapał się, że w myślach przerywał tokującemu Bochenkowi sepleniącym: As tu nagle...

Jednak nic się działo. I nie stanie się nicas do końca, zamknął w myślach temat uaktualnionym cytatem z krakowskiego barda. Wódka w parku wypita albo zachód słońca – brzmiało mu ciągle w głowie.

Bochenek jakby to dosłyszał, bo chciał się koniecznie umawiać na wódkę po pracy.

– Tu nie mam czasu opowiedzieć wszystkiego, bo się śpieszę, ale przy wódeczce opowiem ci wszystko ze szczegółami.

Nasz Doktor Dostał czkawki.

– No dobra, lecę. Nie mam czasu, bo czekają na mnie – rzucił Bochenek i dodał oskarżycielsko – ale ci dobrze, fajną masz pracę. Siedzisz sobie i piszesz te recepty, a ja to muszę latać. Ale cóż, było iść na medycynę, a teraz to już za późno.

Wcześniej też było za późno, dodał po cichutku Nasz Doktor i pożegnał w końcu Bochenka.

Chleb nasz powszedni,

gorzko podsumował wizytę, którą trudno było podciągnąć nawet pod wizytę recepturową. A dręczenia lekarza nie było w menu NFZ.

Na zakończenie dnia przyszła jeszcze starsza pacjentka, która od czasu do czasu była przyganiana przez pielęgniarki na wizytę lekarską. Sama najchętniej przedłużałaby leki i omijała lekarzy.

Doktor był zadowolony ze stanu zdrowia pacjentki i z jej pozytywnego nastawienia do choroby i do leczenia, tak że zagadał się na tematy bieżące. Pacjentka też się wciągnęła do rozmowy na tyle, że zostawiła torebkę na wieszaku. Na szczęście nie zdążyła odejść za daleko.

– A torebka? – krzyknął Nasz doktor za wychodzącą.

– A tam, taka stara torba – zażartowała sobie pacjentka i puściła do Doktora oko. Tak po łobuzersku.

Nagle cała medycyna stała się prostsza i bardziej przyjazna.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Helena Kowalska