Dzieci z… przeszłością... POZ

Z pustego i Salomon nie naleje. (Ludowe powiedzenie sprzed ery NFZ. Obecnie cytowane w promowanej wersji „naleje”).

Nie ma dzieci, są ludzie. (Janusz Korczak)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Nasz Doktor zerknął przez ramię na finanse przychodni i posmutniał. Niby wyżyć się dało, ale… Miał jednak w pamięci, że całe cywilizacje upadały w podobnie powolny sposób. Taki Rzym chwiał się i chwiał przez wieki, aż oczywiście upadł. Zatem mamy jeszcze trochę czasu.

Zetempowiec nr2 wlawkach 660

Za to starzejemy się od urodzenia.

Naturalny cykl w POZ zaczyna człowiek z pozycji dziecka, no chyba że został już wcześniej przytulony i wychowany przez inny POZ, a teraz się do nas przepisał – ciepło pomyślał Nasz Doktor. Dziecko sobie rośnie na kolejnych wizytach lekarskich i wchodzi w wiek dorosłości. I tu gwałtownie spadają wskaźniki finansowania, mimo że takie przepoczwarzone dziecko ma coraz większe wymagania. Już nie wystarczy nakarmić i wyleczyć. Trzeba wysłuchać, uspokoić, napisać zwolnienie, zaświadczenie, usprawiedliwienie.

Dorosłość jest trudna, ale z punktu widzenia NFZ – tania.

Dorosłego trzeba więc jak najszybciej przeprowadzić w starość, co opłaca się finansowo. Wskaźniki finansowe znowu szybują w górę (na miarę NFZ) i nie trzeba pisać zwolnień. Odpada też kombinowanie, co zrobić, gdy się przegapiło odnotowanie w Urzędzie Pacy. W Polsce rutynowo jest to kłopot wyłącznie lekarza, od którego oczekuje się zwolnienia. Niech kombinuje lekarz cwaniak, co tu wpisać, żeby w urzędzie się nie czepiali.

Tak zresztą instruują zapominalskich urzędnicy: jak pan przyniesie L4, to będzie w porządku. I przychodzi taki klient do POZ i co? I chce po prostu załatwić sprawę. A tam lekarz mu utrudnia. A przecież pani z okienka powiedziała, że trzeba przynieść zwolnienie. Ci lekarze to niby studia kończyli, a nic nie rozumieją.

Ostatnio dzieci chorowały jakby trochę mniej i Nasz Doktor, który był samozwańczym pediatrą, odzwyczaił się od małych pacjentów. Okazja na doskonalenie umiejętności kontaktu z małoletnimi nadarzyła się zupełnie niespodziewanie. Trafiła się wizyta domowa u pielęgniarki, która raz na rok testowała swój POZ. Wzywała wizytę domową i oczekiwała przy tym L4 do ręki. Pielęgniarka była w sumie sympatyczna, chorowała raz w roku i Doktor dawał radę zdać test zwolnienia do ręki. Tym razem było ciekawiej, że po domu biegała gromadka wnucząt, z których jeden chłopiec był żywotnie zainteresowany działaniami Doktora. Nasz Doktor miał kłopot, żeby zajrzeć pacjentce do gardła, bo młodociany medyk wpychał się na pierwszego.

Babcia pielęgniarka była dumna: On taki dociekliwy od małego, mówi, że zostanie doktorem. I zwierzątka bardzo lubi.

To akurat nie jest potrzebne do bycia lekarzem, a czasem może nawet przeszkadzać w pracy.

Nadmierna uczuciowość nie jest pożądana.

Nasz Doktor już miał zapytać, czy latorośl robi zwierzątkom sekcje, widomy znak, że jest się pomazańcem Hipokratesa, ale sam zainteresowany wypowiedział się w temacie, lekko sepleniąc:

– A ja to mam chomika. I lubię go tak głaskać za uskiem. I sobie zbieram pieniąski na papugę. Kostuje 200 zł i umie nawet gadać bzydkie zecy.

Tu babcia skrzywiła się z lekką dezaprobatą, kontestując milcząco owe 200 zł.

Nasz Doktor jako wytrawny domorosły psycholog wyczuł swoją szansę. Zresztą lekarze są zobligowani także do szerzenia oświaty, higieny i co tam jeszcze kto wpisze w obowiązki lekarza.

– Poczekaj, gościu. Nie spiesz się tak – odezwał się, ważąc słowa i zerkając na babcię pielęgniarkę. – Zaczekaj jeszcze trochę i od razu z etapu chomika przeskoczysz na dziewczyny z pominięciem papugi.

– Ale papuga kostuje 200 złotych i mówi bzydkie zecy – nie ustępował młody.

– Dziewczyny też kosztują, też mówią brzydkie rzeczy i dodatkowo stroją miny – nie odpuszczał Doktor.

Ziarno zostało zasiane i teraz tylko trzeba będzie monitorować rozwój wypadków. Może uda się ominąć etap papugi. Zerknął przelotnie na babcię pielęgniarkę, która z aprobatą kiwała głową.

Nasz Doktor przypomniał sobie, że też miał kiedyś papugę, ale tylko przez jeden dzień. Do tego zdobyczną i jak się okazało, przechodnią. Złapał ją w lasku, letnią porą. Na szczęście w domu była stara klatka. Drugiego dnia papuga i tak uciekła uszczęśliwiać inne dzieci.

Nasz Doktor zamyślił się przy okazji na temat chorób odzwierzęcych. Weźmy taką papuzicę. Albo chore łabędzie. Lub wściekłe krowy.

A tymczasem największe zagrożenie dla seniorów w POZ i tak stanowią właśnie dzieci, a właściwie wnuczkowie. Takie dziecko przedszkolne kichnie raz. Rodzic się pochoruje na tydzień, a dziadek czy babcia mogą zejść z powodu tej samej infekcji. A wszystko ten sam bakcyl od zasmarkanego malucha. Ale weź tu i odizoluj wnuczka od dziadków w polskich warunkach, kiedy właśnie dziadkowie są najbardziej odpowiedzialni za opiekę nad narybkiem w imieniu zaganianych rodziców.

Pewien problem stanowiły starsze pociechy,

tuż przed 18. rokiem życia. Często przychodziły same, niektóre nad wiek rozwinięte, że aż strach było badać.

Dzisiejsza podrosła pacjentka już przeszła do grupy tzw. młodych dorosłych. Pojawiła się jednak przepisowo w towarzystwie babci. Dokuczały jej, jak to często u młodych bywa, kłucia serca. Serce, jak widomo, mieści się po lewej stronie pod bluzeczką. I tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. Dziewczyna zamiast lekko zrzucić okrycie, z ociąganiem podniosła jedną bluzeczkę. Została jeszcze druga. Nasz Doktor pytająco spojrzał na babcię.

– Ona jest z Ameryki. Tam nie rozbierają się do badania tak bardzo jak u nas.

Dziewczyna, która trochę mówiła po polsku, a rozumiała tylko trochę więcej, potwierdziła.

Nasz Doktor rozdziawił usta, pokazując swoje zdziwienie mową ciała.

– A jak rodzicie tam, w Ameryce?

– Normalnie, w szpitalu – odpowiadała świeżo upieczona osiemnastka z polskimi korzeniami.

– Ale badanie serca jednak przez koszulkę – upewniał się Doktor. – Toż to fanaberia na islamską modłę.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– U nas są takie formularze. Jak ktoś wypełni formularz, to już wiadomo, na co choruje.

– Aha, u nas też są takie formularze, ale jeszcze badamy pacjentów…

Następnie była cała procesja młodzieży do szczepień. I tutaj niespodzianka. Co zakodować: Z24 – potrzeba szczepień profilaktycznych przeciw niektórym pojedynczym chorobom zakaźnym czy może trafniej byłoby użyć Z25 – potrzeba szczepień profilaktycznych przeciwko innym pojedynczym chorobom zakaźnym?

Co będzie lepsze? To czy tamto? Czy zdecydować tak, czy owak? Która decyzja będzie lepsza dla pacjenta, a która dla lekarza? A może to jedno i to samo?

Nasz Doktor przypomniał sobie pewną kucharkę,

która nie uważała, żeby jej zawód był pozbawiony odpowiedzialności. Pomijając oczywistą możliwość celowego wytrucia klientów, istniało realne prawdopodobieństwo strucia niechcącego. Poza tym w kuchni liczyła się umiejętność szybkiego podejmowania decyzji i odpowiedniej kwalifikacji, zupełnie jak w medycynie.

Kucharka uważała, że jest narażona na stały stres decyzyjny: co kartofel, to decyzja. – Głowa od tego boli – potwierdzała wpływ presji na organizm skazana na nieustanne decydowanie.

Dokonawszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę – przypomniał sobie Nasz Doktor wiersz z lekcji polskiego. Omawiany był jako cytat wojenny, ale okazał się zupełnie jeszcze świeży przydatny.

W sprawie napięcia nerwowego w kuchni Nasz Doktor raczej skłaniał się ku stwierdzeniu, że głównym stresorem jest stała obecność, a nawet wszechobecność pożywienia na wyciągnięcie ręki. Wolał jednak zachować swoje spekulacje dla siebie. Pacjentka była dobrze odżywiona i nastawiona bojowo na szybkie rozwiązanie wszelkich problemów, jak to w kuchni.

Nasz Doktor przypomniał sobie, jak owa kucharka zaczepiała go w podstawówce i zadawała pewne standardowe pytanie: „A ty bardziej kochasz tatusia czy mamusię?” Odpowiedź, że oboje po równo powodowała jedynie to, że przesłuchanie wkraczało w inną fazę. Zaczynały się pytania odwracające uwagę, sondujące stosunki miedzy rodzicami i wreszcie kolejna tura „tatusia czy mamusi”. Teraz jakby role się trochę odwróciły.

O dziwo właścicielka tak metodycznego umysłu nie lubiła, jak doktor dopytywał się, czy pacjentka bardziej lubi uczęszczać do dermatologa czy do okulisty, albo czy woli palić papierosy rano, czy wieczorem. To ostatnie pytanie było zresztą trochę perfidne, bo jak ktoś już pali, to pali mu się dobrze cały dzień.

– Ja palę od dziecka i nie będę teraz sobie na starość robiła wstydu z odstawianiem, bo wiem, że się nie da.

– Ale może by tak chociaż spróbować rzucić, tak na próbę – przekonywał Nasz Doktor, używając języka perswazji i zwrotów obecnych z pacjentką w jej pracy. – Tak dać sobie odpocząć od palenia przez dwa tygodnie. A potem jak dobrze pójdzie, to zrobimy dokładkę.

– A co pan myślisz, że ja dziecko jestem, żebym rzucała palenie? – przytomnie zauważyła pacjentka, która jednak wyrwała się z transu.

Za mało programowania neurolingwistycznego, skonstatował Doktor. Trzeba jednak uczciwie przejrzeć książki kucharskie, żeby przenikać do języka kuchni.

I tu miała rację. Dorosłemu nie zabronisz. Wyobrzydzasz, zestresujesz. A efekt może być dokładnie odwrotny.

Dzieci jednak są przyszłością POZ. A właściwie przeszłością, bo ich coraz mniej.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen