Lekarz czyta i wie

Prasa… prasa… prasa… Wiem, czytałem i ja kiedyś prasę. (Pseudocytat)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Zbliżała się prawdziwa wiosna, a wraz z nią wysyp przeziębionych, alergików i wszelkich możliwych kombinacji tych dwóch stanów. Wiosna miała być nasza, piękna, słoneczna i kwiatowa, a nie jakaś pluchowato-reumatyczna.

podzegarem 400

Było szaro i nijako

Na razie królowała jeszcze prowizorka marcowo-kwietniowa, ale coś w kościach mówiło, że za rogiem czai się wielkie ciepło. Po ciepłej zimie myszy i mikroby nie zostały wymrożone i rozwijały się w zastraszającym tempie. Jak to się mówi: pacjenci nie nastarczali chorować, a lekarze oczywiście ich przyjmować. A wszyscy mieli już serdecznie dosyć epidemii i słynnego wiosennego przemęczenia. Zwłaszcza osoby chronicznie zmęczone przez cały rok odczuwały na wiosnę spadek zainteresowania lekarzy ich ciężkim krzyżem, który chociaż niesiony z godnością, nie smakował już tak samo. Niesienie go w tłumie innych nieszczęśników nie dodawało aury wyjątkowości. Tabuny męczenników domagały się od lekarzy rodzinnych pobierania badań na morfologię z obrazem, kału na pasożyty i na wszelki wypadek krwi na boreliozę, która to choroba rozbudzała żywą wyobraźnię polskiego pacjenta. Lekarze podchodzili do tego ruchu pobraniowego z zawodową pokorą. Wszak już dawno udowodniono, że puszczanie krwi jest dobre. A na pewno uspokajało kiedyś i uspokaja teraz.

Lekarze zbici w gromadkę usiłowali dodać sobie otuchy. Przecież wiadomo, że gdy tylko zaświeci słońce, wszyscy chorzy przewlekle wyjadą odpocząć trochę od lekarzy. Trzeba tylko doczekać. Taka kolej żelazna rzeczy. Lekarze niby to wiedzieli, ale na razie nic nie wskazywało na rychły koniec oblężenia.

Aż tu nagle

pojawiła się iskierka nadziei, promyczek światła. Czyjaś niewidzialna rączka wrzuciła do skrzynki świeże jeszcze wydanie gazety branżowej. A tam cuda, cudeńka. I krzyżówki, i analizy. Artykuły i pierwszej, i ostatniej potrzeby. Co kto sobie życzy.

– Czytałeś już najnowszy numer naszej gazety środowiskowej? – doktor Luzik był wyraźnie podniecony. – Ogłaszają, że potrzebują specjalisty takiego jak ja – tu stuknął się w pierś skrytą pod sztruksową marynarkę szytą na miarę.

– A cóż oni chcą od ciebie? – zaciekawił się Nasz Doktor.

– A chcą. A chcą. Chcą, żebym im poprowadził oddział.

Nasz Doktor uważał, że to naprawdę miło.

– I jeszcze mi za to zapłacą – nakręcał się Luzik.

Ale czasów dożyliśmy, pomyślał Nasz Doktor. To już sama sława mołojecka nie wystarcza, musi taki bohater dostać pieniądze do ręki.

– Się porobiło – głośno już dodał Doktor.

– A jeszcze w rubryce towarzyskiej trzy lekarki się ogłaszają. Wszystkie w promieniu piętnastu minut od ordynatury – tokował w najlepsze Luzik.

Za piękne żeby było prawdziwe. Może drogi dziurawe? Może już ktoś zaklepał panny? – domyślał się Nasz Doktor.

– Te ogłoszenia były połączone?

– Nie, skąd, sam je wyłowiłem i przetworzyłem, o, w tej główce – tu Luzik stuknął się palcem w głowę.

A echo dopowiedziało mu stokrotnie – zabrzmiał jakiś złośliwy pogłos w pamięci Doktora.

– W poprzednich ogłoszeniach jeszcze ich nie było, a teraz, proszę, trzy sikorki, tuż obok mojej ordynatury.

– A może to jedna i ta sama osoba, tylko w trzech osobach, żeby zwiększyć swoje szanse? Wiesz, o co mi chodzi. Tak jak z przekazywaniem genów. Z jednym plemnikiem to nie ma nawet co wychodzić z domu.

– Wszystko możliwe – przyznał niechętnie Luzik – ale ja patrzę na to z drugiej strony. Ogłoszenie ukazało się w naszym organie, to raz. Właśnie rozglądałem się za jakimś znakiem z góry. To dwa. I na pewno są w pobliżu jeszcze inne sztuki, które się nie ogłaszają. To trzy – na tym zakończył triumfalnie swój wywód w stylu Erasta Pietrowicza Fandorina, który, jak sądził nieskromnie, mógłby mu buty wiązać.

Tu mała dygresja

Fandorin nie był lekarzem, lecz urzędnikiem-detektywem. To zdawało się nie przeszkadzać Luzikowi. Natomiast powiedzenie o wiązaniu komuś butów, a raczej o byciu niegodnym tej szlachetnej czynności, stało się obecnie standardowym komplementem, przy czym osoba niebędąca sobie w stanie zawiązać samodzielnie butów stoi o niebo wyżej w tym malowniczym wyrażeniu.

Panie ordynatorze!

– A co do ordynatury, to praca jak praca. Dobiera się mądrego i sprytnego zastępcę. Pracowitych i odpowiedzialnych pracowników, sumiennych dyżurantów kontraktowych oraz robotny i, co nie jest bez znaczenia, przystojny personel średni i jest przepis na sukces. Będzie wszystko hulało jak w folwarku zwierzęcym.

– Ale po co ci ta ordynatura? – dopytywał się Nasz Doktor, który zauważył, że Luzik po chwilowym zapłonie nie ostygł i przeszedł do fazy spokojnego spalania.

– Po pierwsze to ja jej nie szukałem. Sama mnie znalazła. Sama do mnie przyszła wraz z gazetką środowiskową. A poza tym mam już dość, jak pacjenci mówią do mnie per panie doktorze. Panie ordynatorze brzmi znacznie lepiej.

Do rozprawiających o niespodziewanych wyrokach losu lekarzy podeszła ich młodsza, jak twierdziła sama, koleżanka, niejaka Pszczółka, oczywiście z otwartym numerem gazety.

– Czy wiecie, że uchwalono już budżet na rok następny?

– Wiemy, wiemy. To już było w poprzednim numerze. Widocznie przychodzi ci z opóźnieniem.

Pszczółka, która zdołała w końcu przepracować emocjonalnie uchwalenie budżetu, teraz skoncentrowała się na swoich pragnieniach i oczekiwaniach. Tym śmielej, że pół roku temu rzuciła temat braku kącika dla szydełkujących. I szast, prast, kącik już jest. Już cieszy oko. Jeszcze stosunkowo niewielu kolegów przyznaje się do szydełkowania, ale tu i ówdzie widać te pokłute paluszki, te czerwone ze zmęczenia oczka.

– Zobaczcie, jak oni nas słuchają,

jak się wsłuchują w najlżejsze poruszenie tutaj, na samym lekarskim dole – Pszczółka nie mogła się nachwalić.

– E tam, raczej w redakcji ktoś zaczął szydełkować i stąd ten kącik. Specjalistyczny zresztą – zadrwił Nieztych, który pojawił się jak zwykle nie wiadomo skąd i po co.

– Więcej szacunku, kolego. Na to idą nasze składki – zmitygował go Luzik, który przez ordynaturę czuł się związany emocjonalnie z gazetą. Jeszcze jak z tych trzech ogłoszeń panieńskich wypali choć jedno, to już będzie miłość czytelnicza do grobowej deski.

– A ja co wezmę prasę medyczną do ręki – tu Nieztych zaprezentował zupełnie niespracowaną dłoń pod światło – to trafiam na same nekrologi. W „Gońcu Medycznym” nekrologi. W „Leczyć z głową”, a jakże, nekrologi. „Hipokrates NFZ”, proszę bardzo, to samo.

– Jeszcze brakuje tylko reklam najtańszych aptek. Znajomy kierownik apteki mówił, że jak się nic nie zmieni, to utrzyma ceny promocyjne do połowy przyszłego tygodnia, tylko kto będzie o tym wiedział?

– A ja tam mało czytam, coś mi się porobiło ze wzrokiem – poskarżyła się Pszczółka.

– Może to od tego szydełkowania, od tych drutów – zainteresował się Nasz Doktor.

– Nie, raczej nie. Byłam w takim zimowym ogrodzie u znajomej. Straszne chaszcze. Przedzierałam się i jakieś liście uderzyły mnie w jedno oko i w drugie oko.

– Czyli dostałaś z liścia – podsumował Nieztych.

– W sumie tak – przyznała zarumieniona Pszczółka, która lubiła być w centrum uwagi, a od Nieztycha, do którego miała słabość, mogła znosić nawet gorsze impertynencje…

– A słyszeliście o najnowszym skierowaniu na okulistykę? Lekarz kierujący napisał dość nowocześnie, bo bez łaciny. W prostych żołnierskich słowach: „Uraz oka. Uderzony w oko przez muchę, która siedziała na zdechłym psie”. Tyle ujawnił lekarz kierujący, ale tak naprawdę nikt nie wie, na czym jeszcze siedziała ta konkretna mucha.

A właśnie o takich ciekawych przypadkach się nie pisze szeroko w prasie, nie mówiąc o tym, że warto byłoby wrócić do łaciny, stawiając rozpoznania. Jakoś tak wszystko brzmi lepiej i poważniej.

Posłowie

Doktorzy, gdy już omówili wszystkie aspekty problemów poruszanych w gazecie branżowej, rozbiegli się na dyżury. Nieztych odprowadził Pszczółkę, która wyraźnie wykorzystała wspólną platformę, jaką stała się prasa medyczna, oraz bezwzględnie kontuzję oczu. Nieztych obiecał jej usunąć wszystkie liście.

Jakby na zamówienie (znowu ta straszna intuicja) w lekarskim organie prasowym pojawiło się ogłoszenie o konkursie na tłumaczenia rozpoznań z polskiego na łacinę. Nasz Doktor wysłał owo skierowanie na okulistykę, usuwając oczywiście dane szpitala, pacjenta. Pozostała tylko bezimienna mucha i martwy anonimowy pies.

A wy dacie radę to przetłumaczyć? Propozycje proszę przesyłać pod adresem redakcji.

Osoby obdarzone większym entuzjazmem niż znajomością łaciny spieszę poinformować, że trzeba zastosować zasadę consecutio temporum, cokolwiek to znaczy.

Rafał Stadryniak
internista

Powtórka z postaci

Nasz Doktor – doktor, do którego przyznawali się wszyscy zapisani pacjenci. Czasami Nasz Doktor wręcz tracił poczucie, że należy do siebie. Na szczęście silne więzy plemienne wśród braci lekarskiej pozwalały mu cieszyć się wykonywaniem zawodu. Wszak miał do tego prawo.J

Luzik – człowiek, który w młodości myślał, że zajęcie lekarza jest bezstresową fuchą. Ostatnio wyczytał, że długodystansowcy biegają z tekturową rurką w ustach, żeby kontrolować nerwowe zaciskanie szczęk. Spróbował przenieść te cenną metodę na grunt medycyny, ale zrezygnował. Nie odpowiadał mu smak pogryzionej tektury.

Pszczółka – doktorka znana z tego, że nigdy nie taiła przed nikim swojej, jak to mawiała, „przysłowiowej pracowitości”. A że w pracy odbierana była wprost przeciwnie, „to już kwestia gustu”, jak mawiała. Prywatnie ciągle do zagospodarowania.

Nieztych – spadkobierca szlacheckiego nazwiska, niestety bez herbu, pierścienia i historii rodowej. Po prostu „nie z tych” magnackich familii. Ale komu to przeszkadza? Na pewno nie jemu. Prywatnie amator kwaśnych jabłek i młodych niewiast.

Rys. Zen