Jak dobrze

Będziemy znowu mieszkać w swoim własnym domu,
Będziemy znowu stąpać po swych własnych schodach. (Leopold Staff)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Resize Z-facio-0204 300

Jak się tak głębiej zastanowić nad życiem, to oczywiście wszyscy jesteśmy tu na chwilę. Tymczasowo zameldowani. A właściwie bezdomni. Potem ten czy inny podmuch konieczności przeniesie nas w rejony, gdzie nie sięga nawet wyobraźnia. Tymczasem jedni są zajęci umilaniem sobie życia, inni – żeby jakoś dożyć do śmierci, albo żeby chociaż nie bolało.

Ostatnio było coś na rzeczy.

Kolejny pacjent zmęczony chorobą chciał tylko odpoczynku od bólu. Żeby na jakiś czas wyjrzeć spod tej lepkiej kotary spowijającej ciało i krępującej umysł.

Nasz Doktor jako etatowy uczestnik zdarzeń medycznych i przypadkowy komentator widział wiele, słyszał wiele i trochę rozumiał. Jednak pacjenci stale zaskakiwali Doktora swoim żywiołowym egoizmem, zapewne wyzwolonym przez lęk, a może przez instynktowną chęć konkurowania o ograniczone w ilości usługi medyczne.

Pacjentka, którą Nasz Doktor badał od południa na SOR-ze, była z gatunku nieodsyłalnych. Choroba co prawda nie była żadnym zaskoczeniem, ot, kolejne migotanie przedsionków dobrze tolerowane przez pacjentkę, ale lepiej przyjąć, bo pacjentka i tak wróci jak nie za kilka godzin, to w środku nocy. Cóż kiedy na oddziale nie było nawet godziwego siedziska. Cały korytarz, zwany tera z salą „K”, jak mówiły pielęgniarki – zawalony chorymi. Kolejni pacjenci na SOR-ze poprawiali się i wychodzili do domu, a nasza pacjentka nieodsyłalna trwała. Nie zgadzała się też na tzw. umiarawianie w biegu, czyli na SOR-ze.

Na parę godzin Doktor zapomniał o czekającej pacjentce, bo sprawy na oddziale przybrały zły obrót. Po wielokrotnych próbach reanimacji zmarł schorowany pacjent.

Kiedy Nasz Doktor zaszedł w końcu na SOR, pacjentka już czekała. Zresztą cały czas czekała. Czekanie zaś rodzi różne problemy, o czym Doktor dobrze wiedział.

Nasz Doktor był, jak to się mówi, w stadium krańcowego zmęczenia, które nazywa się w kręgach młodzieżowych „głupawką”. Tak organizm broni się w sytuacjach, na które ma niewielki wpływ. Zwykle głupawka przychodzi przed egzaminami, kiedy już jest naprawdę wszystko jedno. Wtedy chodzi już głownie o to, żeby się już wszystko skończyło. Nieważne jak. Bawił się słowem „pacjentka”, tak jakby lingwistyczne gierki mogły odwrócić uwagę od niewesołej sytuacji na dyżurze. Pacjentka. Pac.Jętka. Pajacjętka. Jętka. Jente. Jente. O, to chyba nawet było ze „Skrzypka na dachu” – ożywił się nieco.

Pacjentka wkurzona oczekiwaniem wyrosła natychmiast spod ziemi jak wyrzut sumienia, do tego nie niemy, ale elokwentny i świadomy swych praw. Na szczęście była w bardzo dobrym stanie, tylko, co zupełnie zrozumiałe, mocno wzburzona.

– Więc jest tak – zaczął Nasz Doktor. – Właśnie zwolniło się łóżko. Zmarł pacjent, więc możemy przyjąć panią.

– O, jak się cieszę, o, jak dobrze. Nareszcie – nie kryła swych uczuć oczekująca.

Nasz Doktor kolejny raz upewnił się, że kobiety potrafią być bardziej spontaniczne od facetów. Taki facet w podobnej sytuacji toby się nawet nie ucieszył.

Potem nasz Doktor pielęgnował,

jak umiał, pacjentkę na oddziale. Traktował dobrym słowem, trzymał za rękę, sprawdzał puls. Po kolejnym wlewie antyarytmiku wszystko wskoczyło na swoje miejsce i pojawił się prawidłowy, zatokowy rytm serca. Można to było osiągnąć w trakcie długiego czekania na łóżko, pod opieką i pod monitorem na SOR-ze, ale pacjentka postanowiła inaczej.

Noc była burzliwa i wypełniona pracą.

Rano pacjentka wypatrzyła Doktora i radośnie zaszczebiotała:

– Wie pan, pielęgniarki coś mi dały i się umiarowiło.

Naszemu Doktorowi opadły kończyny, szczęka i resztki snu, który i tak nie miał tej nocy doń przystępu.

– To gratuluję – dał radę wykrztusić. Trzeba trzymać klasę. Bo jak wytłumaczyć pacjentce, że dostała po prostu leczenie, które osobiście zaordynował w karcie zleceń. Nie zrozumie ni cholery.

A pacjenci i tak zwracają uwagę na to, czy lekarz dobrze ubrany, czy na sali jest telewizor i ładne kafelki w WC. I w sumie bardzo słusznie. I tak nie są w stanie zajrzeć do głowy lekarzowi. Na jego szczęście.

Jak po każdej czarnej nocy nastaje dzień, tak po każdym dyżurze nastaje praca w POZ.

Nasz Doktor był sługą dwóch panów,

szpitala i przychodni rejonowej. W POZ dla odmiany było przytulnie i nie trzeba się było martwić brakiem łóżek. Natomiast stopień dociekliwości pacjentów osiągał poziom tzw. przepytywalni dziecięcej. Dziecko rzuca temat na wabia matce, a następnie każdą odpowiedź pogłębia kolejnym prostym pytaniem: „ale dlaczego?”. Znane są w literaturze przypadki kar cielesnych za zadawanie takich pytań. Egipcjanin Sinuhe trafił za nie z Domu Życia wprost do Domu Śmierci.

Naukowcy próbowali wytłumaczyć ten fenomen, który w pewnych warunkach może wyjaśniać fundamentalne zasady rządzące wszechświatem. Nie dostali za swoje prace nawet przysłowiowej Maliny czy innego Antynobla. Inni zaś naukowcy obstawali przy interpretacji, że pytanie „dlaczego” (po rosyjsku pacziemu) jest mechanicznie niezależne i zupełnie rozłączne od uzyskiwanej odpowiedzi.

– To co mi jest, doktorze? – pytali pacjenci.

– Choroba wirusowa.

– Ale jaki wirus?

– Najpewniej z grupy rhinoviridae, ale może być to równie dobrze każdy inny – dodawał odpowiedzialnie Nasz Doktor.

– Ale co mi jest?

Nasz Doktor zmarszczył brwi i podał błyskotliwą diagnozę, którą serwował w podobnych przypadkach. Że błyskotliwa, to nie znaczy, że trzeba ją zaraz ukrywać przed pacjentką.

– Nie jest pani ani strasznie chora, ani okropnie zdrowa.

W kategoriach logicznych taka odpowiedź była dyskwalifikująca dla respondenta, ale pacjenci między wierszami pytali właśnie o to, czy rino lub inne draństwo nie zrobi im krzywdy. Inni dopytywali jeszcze na wszelki wypadek, czy ten katar to „coś poważnego”.

– Na szczęście wirus tylko panią musnął (i przeszedł obok – dodawał Doktor na stronie).

– Oj, to szkoda, bo muszę trochę pochorować. Idą święta, a okna są do umycia.

– Zawsze idą jakieś święta – zgadzał się Nasz Doktor, ale wypisywał zwolnienie, bo przecież zdrowy człowiek nie ma kataru. A co potem zrobi w domu ze swoim katarem, to jego prywatna sprawa.

Dzień po dyżurze i pracy w przychodni

powoli chylił się ku upadkowi. Z każdą kolejną kawą robiło się szarawo, aż przyszła prawdziwie szara godzina, godzina zamknięcia przychodni i można się było pod osłoną wieczoru wymknąć do domu.

Nasz Doktor wracając do domu, na wszelki wypadek włączył nawigację, chociaż nie miał daleko. Ot, wszystkiego ze trzy kilometry. I tu niespodzianka. Uparta elektronika nie zgadzała się z obraną trasą i pchała Doktora w jakieś boczne drogi. Niedoczekanie twoje – zawołał Nasz Doktor. Ja muszę do domu.

Zawróć, jeśli to możliwe. Zawróć, jeśli to możliwe – męczyła nawigacja. Trzeba się tylko przyzwyczaić do takiego marudzenia i można jechać, gdzie się chce. Nawigacja pomarudziła jeszcze kilka razy i odpuściła. Teraz Doktor się trochę zaniepokoił. Cisza znaczyła, że wszedł na tzw. drogę bez powrotu. Przeniósł wzrok ponad nawigację i znalazł się przed domem. Jak dobrze.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen