Między snem a jawą

Czyli o atrybucie kobiecości

Rafał Stadryniak = @Grypa

Latax600

Laktacja jest dowodem, że natura nieprzypadkowo powierzyła rolę matki kobiecie. Słyszało się co prawda tu i ówdzie podania o dzieciach wykarmionych przez wilczycę, którzy wychodzili na ludzi, ale była to sprawa marginalna. Inne podania mówiły o mężczyznach, którzy w stanach wyższej konieczności doznawali laktacji, żeby nakarmić kruszynę w potrzebie. Generalnie jednak laktacja przytrafiała się paniom.

Nasz Doktor miał dziwny sen,

a ściślej mówiąc, sen dziwny. Ni z tego, ni z owego dostąpił obecności wieszczów w swym rojeniu sennym. I to od razu dwóch w jednym śnie. Do tego czuł się szczególnie zaszczycony, gdyż mistrzowie, jak to mistrzowie, nie przepadali za sobą. A tu masz – dwa w jednym.

Pierwszy odezwał się Mickiewicz:

Daj mi pierś ucałować. – Dobranoc, zapięta.

– Dobranoc, już uciekłaś i drzwi chcesz zatrzasnąć.

Właściciel snu kompletnie nie kojarzył, o co chodzi.

Na co Słowacki:

Żeby też jedna pierś była zrobiona.

Nie podług miary krawca, lecz Fidiasza!

Śniący rozmarzył się jeszcze bardziej. To było zrozumiałe.

Mickiewicz odchrząknął znacząco i wyrecytował:

Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki.

Nadal nie wiem, o co chodzi, skonfundował się Doktor. Może to o dojrzewaniu?

Gdy tylko wybrzmiało echo od „nóżki”, Słowacki poprawił kołnierzyk, uniósł wzrok natchniony i zadeklamował:

Jego dźwiękiem, jego mową.

Nie odetchnie pierś szeroka.

To chyba rozumiem, szeroka – czyli męska.

Na tym sen urwał się nagle,

gdyż był to sen dyżurowy, nienależny niczym refundacja. Nasz Doktor siadł półprzytomny na łóżku, mając świadomość, że oto dostąpił pojedynku gigantów i to wszystko w jednej skromniutkiej drzemce w pracy.

Mając już jakie takie doświadczenie dyżurowe i życiowe, wiedział, że nie był to jakiś przypadek, ale właśnie została mu objawiona tajemnica. Jaka? To właśnie ta tajemnica.

Jak niezrozumiale by wieszczowie nie mówili, narracja kręciła się wokół zagadnienia piersi. Czyli atrybutu kobiecości – dopowiedział sobie Nasz Doktor. Do niedawna jedynie niezastąpionego magazynu pokarmu osesków. Człowiek jako ssak musiał sobie zapracować na owo miano od najwcześniejszych lat. Stąd ów parzysty organ obrósł wieloma mitami.

W pełni już rozbudzony

Doktor otrząsnął się jeszcze, zapalił lampkę i popatrzył na zegarek. Była 5.15. Szara godzina, w której najczęściej atakowali Indianie, a przewlekle chorzy po całodniowym wstrzymywaniu decydowali się wezwać pogotowie pod naporem niewyspanej rodziny.

Tym, co obudziło Doktora, była komórka, a w niej SMS od kolegi Nieztycha, który dyżurował na zaprzyjaźnionym oddziale: Chodź, coś ci pokażę.

No to fajnie. Przypomniało się mu się coś, albo może nawet jakiś ciekawy przypadek? Nieztych był z tych kolegów, co to: przyjdź do mnie, bo mam sprawę do ciebie. Ale trudno. Pójdę, bo i tak już nie śpię – próbował żartować sobie Doktor, ogarniając się nieco.

– Nie uwierzysz, co mi się przytrafiło – zaczął Nieztych. – Właśnie pomyślałem, że możesz się przydać.

– Ja w kwestii formalnej – wtrącił się Doktor – wzywałeś mnie oficjalnie na konsultację czy raczej towarzysko? A może coś ci się przyśniło, może jacyś wieszcze?

– Jakie tam wieszcze. Jak się bardzo będziesz upierał, to kartkę na konsultację podeślę. Nie bądź, człowieku, taki sztywny. Chciałem pogadać po starej znajomości.

Była już 5.35…

– A, jak po starej znajomości, to inna sprawa – przyznał Nasz Doktor.

– Otóż jest tak. Mam na oddziale dziewczynę: młoda, polska, duże niebieskie oczy.

Tu Doktor wzmógł czujność, wiedział bowiem, że ludzie najbardziej zdradzają się mową ciała i doborem słów.

– I wyobraź sobie, zupełnie niespodziewanie mam z nią problem – ciągnął Nieztych. – Bardzo zgrabna bestyjka, na marginesie. Otóż jeszcze karmi piersią i strasznie jej wszystko nie pasuje. A to leki nieprzebadane u karmiących, a to warunków nie ma do karmienia. Poza tym rozwala pracę na oddziale. Pacjentów podnieca. Nie ma karmienia, żeby się męskie pół oddziału nie zleciało. Jak w piosence Brassensa, tylko bez kotka – zastrzegł Nieztych. – A dziecko już duże, dowożone przez rodzinę regularnie. Cały cyrk.

– A właściwie to po co ją trzymacie? Niech idzie swoją drogą i karmi zdrowa.

– A właściwie to nie wiem – zasępił się Nieztych. – Szef przed wyjazdem na wczasy kazał się nią zająć, ale dał tylko jakieś ogólnikowe zlecenia, dieta i badania, a historia choroby jakby gdzieś przepadła.

– Ale może ogólnie coś wiadomo? Może wpisane coś na karcie gorączkowej, może pielęgniarki cos podejrzewają? – analityczny umysł Doktora nie godził się, żeby na internie leżeli pacjenci, o których nic nie wiadomo.

– A skąd. Nihilitis totalis. Ale mam dyżur tylko do siódmej. Potem przekazuję go naszej pracowitej Pszczółce i adieu. – Tu kolega skłonił się dwornie, jednocześnie zamiatając wolną ręką podłogę, a drugą podtrzymując na szyi niesforne słuchawki.

– Ale czego, człowieku, chcesz ode mnie po nocy? – Nasz Doktor naprawdę nie widział miejsca dla siebie w tej historii.

– Bo ja – Nieztych stuknął się dwa razy w pierś – honorowy jestem. Nie przekażę Pszczółce pasztetu. Jak wdam się w przepytywanie, wyjdę na idiotę. Jako konsultant z innego oddziału nie będziesz wyglądał na debila, dopytując się, co ta karmiąca blond Wenus robi w szpitalu. Będę miał u ciebie dług wdzięczności – kusił Nieztych. – O, a przy okazji oddam ci te pięć dych, co to nie miałem na napiwek.

Nasz Doktor westchnął. Indianie znowu zaatakowali przed świtem.

– Wiesz – rzucił znienacka Nieztych, grzebiąc coś w stercie papierów. – O, dziwne, znalazła się historia tej od karmienia. Będziesz miał w sam raz na konsultację.

– A co wynika z dokumentacji?

– A nic. – Nieztych przebiegał obojętnym wzrokiem po nieco nieczytelnych enuncjacjach przyjmującego pacjentkę. – Kierujący napisał bóle piersi, ale coś niewyraźnie. Wyszło jak bóle w piersiach. Dyżurny był podejrzliwy. Wywiad rodzinny dodatni. Wszyscy mieli zawały. A ostatnio zmarł sąsiad. Cała ulica poleciała się badać. Ja to rozumiem – ciągnał Nieztych. – Prawo serii, prawo Murphy’ego, prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej…

– Ale dlaczego położyła się na oddziale? – dopytywał się Nasz Doktor, zaciekawiony zagadką.

– Przyjmujący napisał, że nie podoba mu się EKG. I był środek nocy. Mogło mu się nie podobać. Ponadto kobieta głośno wzywała imienia dyrektora. Podobno sąsiad. No to przyjęli „tak na trochę”. O karmieniu nie było mowy. Okazało się dopiero na oddziale. Ot i cała tajemnica.

– Wszystko jest trudne i zagmatwane, zanim nie stanie się proste i jasne – wypowiedział Nasz Doktor sentencję, która wiele razy chroniła go przed załamaniem nerwowym. Może nawet sam ją wymyślił?

Jak zwykle w bajkach bywa,

wszystko dobrze się skończyło. Karmiąca poszła do domu na dyżurze Pszczółki nie bardziej chora niż przed przyjęciem. Z wdzięczności zostawiła na dyżurce bombonierkę. Tydzień później napisała pochwałę dla dyrektora, za pośrednictwem gazety oczywiście, w której podkreślała „zaangażowanie lekarzy i pielęgniarek w proces leczniczy”.

Sąsiedzi tak czasem mają.

Mogła napisać, że chodzi o zaangażowanie w karmienie, ale mniej wytrawni czytelnicy gazety mogliby popaść w niezrozumienie i związane z tym zaniepokojenie.

Pewnie na dobre samopoczucie tajemniczej pacjentki wpłynęła okoliczność, że w czasie karmienia była niekwestionowaną gwiazdą oddziału.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen