James Bond w polskim wydaniu

Aleksandra Zasimowicz

W ramach przywracania należnej pamięci polskim kryptologom pisałam jakiś czas temu o polskich pogromcach Enigmy (GdL 6_2020, https://www.gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly/1081-zapomniana-historia-trzech-polskich-matematykow). Nie ujmując ogromnych zasług tym trzem młodym matematykom, chciałabym przybliżyć historię innego i niestety zupełnie zapomnianego pioniera w dziedzinie szyfrów – Jana Kowalewskiego. Ten as polskiego wywiadu był wielkim patriotą, który swoje wielorakie talenty rozwijał jako żołnierz, dyplomata, szyfrant, handlowiec, a także wydawca gazety i autor artykułów. Był wszechstronnie wykształcony, znał wiele języków, a poza realizmem w postrzeganiu świata miał w sobie cechy romantyka. Jego barwny życiorys to gotowy scenariusz filmowy, przy którym bledną wyczyny słynnego agenta Jej Królewskiej Mości.

Jan Kowalewski urodził się w 1892 roku w Łodzi, która w tym czasie przeżywała niezwykle dynamiczny rozwój. Historię tego przemysłowego miasta, w którym fortuny robili przedstawiciele różnych nacji, zupełnie nie przejmując się zaborem rosyjskim, uwiecznił w zbiorowej pamięci Andrzej Wajda, ekranizując Ziemię obiecaną. Młody Janek miał szczęśliwe dzieciństwo. W domu przykładano wielką wagę do rozwoju intelektualnego, ale dbano też o tężyznę fizyczną. W pamiątkach rodzinnych zachowały się zdjęcia ze wspólnych rodzinnych wycieczek nie tylko w najbliższe okolice Łodzi, ale i dalej, np. do Merano leżącego wówczas na terenie Austro-Węgier, na których dokumentowano między innymi wykonywanie przez chłopca ćwiczeń lekkoatletycznych. Jego rodzice przywiązywali ogromną wagę do wykształcenia, ze szczególnym naciskiem na naukę języków obcych. Dowodem skuteczności ich działań było rozpoczęcie przez 17-latka studiów w języku francuskim. Stało się to w 1909 roku, kiedy po ukończeniu Szkoły Handlowej Kupiectwa Łódzkiego Janek wyjechał do Liege. W Belgii studiował chemię techniczną, uzyskał w 1912 roku dyplom i tytuł zawodowy młodszego chemika. Do 1915 roku praktykował w zakładach chemicznych w Zgierzu, a potem na Kijowszczyźnie. Zakres zdobywanego w rodzinnym domu wykształcenia ogólnego był bardzo szeroki, ale i tak nikt by nie przewidział, że nawet lektura nowel Edgara Allana Poe może się przydać w przyszłym łamaniu sowieckich szyfrów. Ten beztroski etap życia szybko się jednak zakończył i w 1915 roku młody Janek został wcielony do armii carskiej. Ukończył w niej szkołę oficerską i w stopniu chorążego wraz z wieloma innymi Polakami walczącymi w armii zaborcy ruszył na front rumuński.

Jan Kowalewski plaque Łodz 132 Piotrkowska Street660

Tablica upamiętniająca Jana Kowalewskiego, Łódź, ul. Piotrkowska 132

W obcej armii dla dobra ojczyzny

Podczas I wojny światowej w carskiej armii służyło wielu Polaków kierujących się troską o odzyskanie niepodległości przez swój kraj. Młody chorąży w marcu 1917 roku wraz z przyjaciółmi założył Związek Polaków Wojennych w strukturach IX armii carskiej. Został wiceprezesem organizacji oraz współtwórcą „Wiadomości Tygodniowych”. Młodzi redaktorzy mieli ambitne plany zamieszczania w periodyku treści historycznych, literackich, społecznych i politycznych. Po pewnym czasie Jan nie mógł już kontynuować tej działalności, gdyż został przeniesiony do sztabu II Korpusu Polskiego, świeżo sformowanej jednostki rosyjskiej utworzonej z polskich żołnierzy. Jako oficer sztabowy ruszył wraz z carską armią szlakiem bojowym w kierunku okupowanej przez Niemców Ukrainy. 11 maja 1918 roku pod Kaniowem stanowiące część rosyjskiej armii oddziały polskie pod wodzą płk. Józefa Hallera zostały okrążone i zaatakowane przez liczniejsze oddziały niemieckie i przegrały bitwę. Kowalewski trafił do niewoli. Po ucieczce zaopiekował się nim ppłk Michał Żymirski i mianował go swoim adiutantem w konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Chorąży awansował na stopień porucznika. Część młodych żołnierzy tylko marzyła o wolnej Polsce, część zaś zawiązywała tajne organizacje służące osiągnięciu przyszłego celu. W tym samym roku porucznik został kierownikiem kolejnej tajnej formacji na Ukrainie. Nosiła ona nazwę Organizacji Werbunkowo-Agitacyjnej. Ledwie w sierpniu 1918 sformowano samodzielny oddział polski w Kubaniu, a już w październiku tego roku przekształcono go w 4. Dywizję Strzelców Polskich pod dowództwem gen. Lucjana Żeligowskiego. Kowalewskiemu przypadło stanowisko szefa oddziału wywiadowczego. Służba w obcym wojsku, ale przede wszystkim umiejętności zdobyte w polskich oddziałach powstających samodzielnie w strukturach zaborców zaowocowała w wolnej Rzeczpospolitej.

Kariera wojskowa w okresie międzywojennym

Już w 1919 roku por. Kowalewski został przydzielony do Sekcji Szyfrowej w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Jego zadaniem było stworzenie komórki zajmującej się łamaniem szyfrów. Tę ściśle tajną formację przekształcono w 1920 roku w Wydział II Szyfrów Specjalnych w Biurze Szyfrowym. Można spekulować, co było powodem zatrudnienia młodego człowieka na tak odpowiedzialnym stanowisku. Niewątpliwie wpływ miało na to kilka spraw. Po pierwsze porucznik znał organizację służby radiotelegraficznej w rosyjskiej armii. Nie bez znaczenia było też wykształcenie. Studia techniczno-chemiczne i handlowe wykształciły u niego umiejętność matematycznego rozumowania, która w kryptografii jest bezcenna. Na awans mogły mieć też wpływ kontakty z czasów działalności konspiracyjnej, doskonała znajomość mentalności Rosjan zdobyta podczas lat spędzonych w carskiej armii oraz fakt bycia poliglotą, mówiącym biegle po rosyjsku, francusku i niemiecku.

Kowalewski Slask 1921 660

Grupa oficerów polskich podczas III powstania śląskiego przed pałacem w Slawentzitz (Sławięcice).
Na pierwszym planie stoją od prawej: kapitan Leon Bulowski, kapitan Robert Oszek, kapitan Jan Chodźko,
porucznik Jan Kowalewski

Pionierskie próby deszyfryzacji

Zadaniem komórki radiowywiadowczej było przechwytywanie, analizowanie, zbieranie, a przede wszystkim odszyfrowywanie obcej korespondencji. Polski Agent 007 zaczął odnosić pierwsze sukcesy w kryptografii, kiedy podczas zastępowania kolegi odkrył stertę zaszyfrowanych depesz sowieckich i postanowił je odczytać. Bezcenna okazała się znajomość rosyjskiego. Wsparty instrukcjami Edgara Allana Poe odkrył kod częstotliwości występujących liter i odczytał wszystkie. Przykładem jego dalszych sukcesów na polu deszyfrażu niech będzie fakt, że w latach 1919-1920 spośród około 380 przejętych obcych korespondencji udało się złamać 22 sowieckie, z czego 21 odczytał Kowalewski. Późniejszy szef Oddziału II Sztabu Generalnego pisał, że Jan Kowalewski to „faktyczny twórca radiowywiadu w Polsce”, a stosowana przez niego metoda pracy, jej organizacja oraz umiejętności dydaktyczne niezbędne w prowadzeniu szkoleń kadry oficerskiej mającej w przyszłości zasilić szeregi polskich specjalistów deszyfrażu są wyjątkowo wysoko oceniane. Strategia łamania sowieckich szyfrów, przy którym współpracowało wielu współczesnych matematyków, jak chociażby Wacław Sierpiński, Stefan Mazurkiewicz czy Stanisław Leśniewski, przygotowało podwaliny pod późniejsze sukcesy trzech polskich matematyków, pogromców Enigmy. To przecież Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski dzięki swojemu geniuszowi skrócili przebieg II wojny światowej, chociaż nigdy nikt ze współczesnych im za to nie podziękował. W okresie międzywojennym sukcesy polskich kryptologów z Kowalewskim na czele były z oczywistych względów utajnione, niemniej jednak uznając ogromne zasługi w wojnie polsko-bolszewickiej Jan Kowalewski (już w stopniu kapitana) został odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy. Dzisiaj nikt nie ma już wątpliwości, jak ogromna była rola tej wojny, która przed bolszewicką nawałą ochroniła nie tylko młode państwo polskie, ale i całą Europę, a Polacy, którzy na jej froncie walczyli różnym rodzajem broni, w tym także deszyfrażem, zapłacili za ponownie odzyskaną wolność ogromną cenę.

Szyfrogram sowiecki 1920 660

Szyfrogramy Armii Czerwonej przechwycone i odczytane przez kryptologów Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w sierpniu 1920 r.

Kowalewski 1920 660

Oficer do zadań specjalnych

Zaraz po zakończeniu działań w wojnie bolszewickiej kapitan Jan Kowalewski został wysłany na Wileńszczyznę do gaszenia tzw. buntu Żeligowskiego, grożącego utratą Wilna i okolic. Przebywał tam aż do zakończenia lokalnych działań i demobilizacji pułku pod koniec 1922 roku. Kolejną misją był Górny Śląsk. Tu prowadzony przez niego wydział „Czapla” wspierał polskie działania plebiscytowe. Za działalność wywiadowczą w III Powstaniu Śląskim został odznaczony Orderem Odrodzenia Polski, a jego ówczesne działania najlepiej podsumowuje treść uzasadnienia przyznanego odznaczenia: „… oddał nieprzeciętne usługi, prowadząc z narażeniem życia prace wywiadowcze, przyczynił się wielokrotnie do wykrycia kierunków natarć niemieckich, a przez to do odparcia ataków nieprzyjaciela”. Wraz z zakończeniem III Powstania Śląskiego Jan Kowalewski zakończył też swoją misję na Śląsku. Cały czas kontynuując pracę w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, był jednocześnie delegowany do kolejnych pułków w Łodzi i w Pleszewie. Z czasem dekryptaż i radiowywiad, w których odnosił wcześniejsze sukcesy, zawiodły go na Daleki Wschód.

Mało znane sojusze

Na prośbę Sztabu Generalnego Japonii, który wystąpił o przeszkolenie oficerów w dziedzinie szyfrowania, generał Władysław Sikorski wysłał do tej misji kapitana Jana Kowalewskiego. Urodzony wywiadowca nie tylko przeszkolił dalekowschodnich kandydatów na kryptologów, ale zebrał dużo materiałów na temat japońskiej wojskowości. Polski wykładowca nie zachwycił się swoimi uczniami, nisko oceniając ich zdolności, a szczególnie zarzucał im słabą znajomość języków obcych. Jako dyplomata nie dał im zapewne tego odczuć, skoro za swój wkład w przeszkolenie grupy kryptologów otrzymał szablę i został uhonorowany Orderem Wschodzącego Słońca. Podczas pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni nawiązał ścisłą współpracę z polskim przedstawicielstwem dyplomatycznym, dostarczając informacji nie tylko z zakresu wojskowości, obronności, ale i kwestii politycznych. Był przecież cały czas oficerem Oddziału II Sztabu Generalnego. Tworzenie podwalin współpracy polsko-japońskiej wynikało ze wspólnego ciągłego zagrożenia ze strony Sowietów. Po powrocie do kraju w 1923 roku kapitan został awansowany na stopień majora. Kolejne zmiany w przydziałach wojskowych zawiodły go rok później do Górnośląskiego Pułku Piechoty w Lublińcu, gdzie sprawował stanowisko dowódcy III batalionu. Widząc niezwykłe zdolności Kowalewskiego, dowództwo polskiej armii podjęło decyzję o dalszym poszerzeniu jego umiejętności, wysyłając swojego asa na staże w pułku lotniczym i wojskach łączności. Po ich ukończeniu i pomyślnym zdaniu egzaminów wstępnych został przyjęty do renomowanej paryskiej Wyższej Szkoły Wojennej, gdzie studiował przez kolejne dwa lata, by po powrocie do kraju w 1927 roku wrócić do pracy w Sztabie Generalnym.

Attaché wojskowy

Biorąc pod uwagę dotychczasowy życiorys Jana Kowalewskiego, nie można się dziwić polskiemu dowództwu, że dla swojego człowieka zabiegało o przydział stanowiska attaché wojskowego w Moskwie, równocześnie trudno się dziwić, że Moskwa nie chciała wyrazić na to zgody. Po ponad trzech miesiącach przepychanek Kowalewski rozpoczął jednak swoją misję w 1929 roku. Jak zawsze jego raporty były nieocenionym źródłem informacji, a w jednym z nich pisał „jeśli nie można jeszcze powiedzieć, że ZSRR szykuje się do wojny, to można stwierdzić, że szykuje się jak do wojny”. Tak jak już wielokrotnie wcześniej bywało, doceniano zasługi żołnierza dyplomaty, awansując go w 1931 roku na stopień podpułkownika. Wprost proporcjonalnie do zadowolenia z pełnionej misji przez polskie władze rosła niechęć Sowietów i chęć pozbycia się niewygodnego dyplomaty. Przygotowywano wiele prowokacji, aż w końcu uznany za persona non grata opuścił Moskwę w 1933 roku. Polskie władze chciały skierować go na placówkę, w której mógłby kontynuować swoją działalność przeciw ZSRR. Między innymi brano pod uwagę stanowisko dyplomaty w Tokio. Ostatecznie wysłano go do Bukaresztu. Zbliżone stanowisko pracy stało się ponownie źródłem ważnych informacji nie tylko o źle uzbrojonej i słabo wyszkolonej armii, ale przede wszystkim o jej sojusznikach skupionych w ramach Małej Ententy. Ogromnie ważną częścią pracy w Rumunii było nawiązywanie bliskich kontaktów z władzami, w tym z królem oraz mieszkającymi w Rumunii Polakami. Im bliższe były kontakty, tym więcej mógł zdziałać i pewnie dlatego został nawet prezesem klubu sportowego Polonia. Do kraju wrócił w 1937 roku.

Jan Kowalewski400

Jan Kowalewski jako attaché wojskowy w Moskwie

Zgubne oblicze polityki i biznesu

Po powrocie do kraju rozpoczął działalność polityczną. Związał się z Obozem Zjednoczenia Narodowego (OZN), gdzie został szefem sztabu. Był postrzegany jako wybitny oficer, który w przyszłości wiele jeszcze osiągnie. Pomimo że OZN miał strukturę bez mała wojskową, to rządziły tu już polityczne kryteria. Kowalewski chciał współpracy z tymi, z którymi inni nie chcieli. Przygoda polityczna nie trwała roku i zakończyła się odwołaniem Kowalewskiego z pełnionej funkcji. Po tej nieudanej próbie bycia politykiem rozpoczął pracę w Towarzystwie Importu Surowców Tissa jako jej dyrektor naczelny. W 1938 roku rozpoczęto przygotowania do powstania pierwszej w Polsce huty aluminium. Atmosfera zbliżającej się zawieruchy wojennej skutkowała gromadzeniem zapasów paliwa, stali, gotówki itp. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego Kowalewski podjął tą pracę. Najprawdopodobniej skusiło go to, że towarzystwo miało importować materiały strategiczne dla przemysłu obronnego w Polsce, oraz że spółka miała być powiązana z Oddziałem II Sztabu Głównego. Pracując tam, odbywał wiele zagranicznych podróży, zwłaszcza za zachodnią granicę. Włączył się w prace komitetu organizacyjnego budowy kanału Bałtyk – Morze Czarne. Wierzył w sens tego pomysłu tak głęboko, że w maju 1939 roku pisał na łamach „Problemów Europy Wschodniej”, że „Przywrócenie osi Bałtyk – Morze Czarne szlakami Wisły, Sanu, Dniestru i Prutu jest najistotniejszym obowiązkiem obecnego pokolenia Polski”. Wiemy, że nie doszło do realizacji tych planów, chociaż i po nim byli zwolennicy tej koncepcji. Tak więc wybuch wojny zastał ppłk. Kowalewskiego poza strukturami wojska.

Rumunia po raz drugi

Podczas pierwszych dni wojny podpułkownik Jan Kowalewski jako osoba cywilna (nie był zmobilizowany i nie miał przydziału wojskowego) pomagał potrzebującym warszawiakom, ale bardzo szybko odnalazł dawnych kolegów i rozpoczął działalność jako oficer łącznikowy, ponieważ posiadał samochód. Wziął udział w ewakuacji polskich władz i urzędów do Rumunii. Znajomość języka i realiów kraju, w którym działał przez kilka lat, oraz stare znajomości bardzo mu pomogły. Założył Centralny Polski Komitet Pomocy dla Uchodźców w Rumunii i stanął na jego czele. Organizacja współpracowała z Rumuńskim Czerwonym Krzyżem, a środki czerpała głównie z Banku Polskiego, przy niewielkim wsparciu delegata rządu RP. Wykorzystując znajomości z czasów gdy był attaché wojskowym, Kowalewski nawiązał kontakt z pewnym niemieckim arystokratą i byłym posłem, próbując w sposób apolityczny załatwić najprostsze potrzeby uchodźców, np. przesyłanie przekazów pocztowych rodzinom pozostałym w kraju. Kontakt odbywał się na terenie kraju neutralnego, jakim była wtedy Rumunia i ze współudziałem rządu rumuńskiego. Na wniosek polskich uchodźców pochodzących z kresów, którzy chcieli wrócić do kraju, podjął również próby kontaktu z sowiecką służbą konsularną, ale przychylny stosunek Sowietów do pomysłu szybko uświadomił podpułkownikowi, że w rezultacie wszyscy ci kresowianie trafią do łagrów i z prowadzonych rozmów szybko się wycofał. Opuścił Rumunię na wezwanie gen. Sikorskiego w 1940 roku i przedostał się do Francji. Tam razem z pułkownikiem Ignacym Matuszewskim zajął się opracowaniem specjalnego memoriału zakładającego (oczywiście pod konkretnymi warunkami) między innymi możliwość zawarcia sojuszu z ZSRR przeciw Niemcom. Rozwój działań wojennych zadecydował, że ostatecznie memoriał nigdy nie został ukończony i tym samym nigdy nie był przedstawiony aliantom.

Portugalia i znów nietuzinkowe działania

Tak jak w Rumunii, tak i w Portugalii, do której po upadku Francji trafił Kowalewski, jego podstawowym działaniem była pomoc uchodźcom. Został członkiem Komitetu Pomocy Uchodźcom najpierw w Figueria da Foz, a następnie w Lizbonie. Było się kim zajmować, bo Portugalia przyjęła około 7 tysięcy polskich cywilów uciekających z okupowanej ojczyzny. Jedni chcieli dalej walczyć z okupantem, inni pracować w polskich instytucjach, byli i tacy, dla których ten azyl był tylko przystankiem w drodze do jednej z Ameryk. Podczas swojego pobytu wraz z grupą kilku osób podjął się dyskusyjnego kroku w postaci wystosowania do strony niemieckiej memorandum sugerującego złagodzenie prześladowań na terenie okupowanej Polski i podjęcie rozmów. Na ten apel nie uzyskano odpowiedzi Niemców. Przed oskarżeniem o kolaborację chronił Kowalewskiego fakt, że o wszystkich jego wojskowych i pozawojskowych ruchach wiedział rząd na uchodźstwie. W styczniu 1941 roku został mianowany kierownikiem Placówki Łączności z Kontynentem podlegającej Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Była to część Akcji Kontynentalnej, której zadaniem była walka z okupantem w całej Europie. Wykluczała walkę zbrojną, natomiast skupiała się na akcjach propagandowo-dywersyjnych osłabiających działania państw osi. Bardzo ważnym celem było też skupienie rozproszonych sił polskiego wychodźstwa pod skrzydłami rządu RP. Placówka Lizbońska stała się szybko centralnym i węzłowym punktem Akcji Kontynentalnej, między innymi za sprawą aktywności naszego asa. W jego działalności ponownie przydała się przeszłość wywiadowcza i umiejętność pozyskiwania agentów. Zorganizował w tym okresie tajną sieć przerzutową służącą przemycaniu ludzi i pieniędzy, używając pseudonimów „Piotr” i „Nart”. Cały czas nie opuszczała go myśl, by odciągając sojuszników – osłabić III Rzeszę i w tym celu prowadził tajne rozmowy z przedstawicielami Włoch, Rumunii, Bułgarii i Finlandii. Na początku 1943 roku władze oficjalnie upoważniły Kowalewskiego do prowadzenia rozmów w ramach operacji „Trójnóg”. Pomimo zainteresowania ze strony sojuszników Hitlera rozmowy nie dały oczekiwanych rezultatów i stały się nieaktualne po ustaleniu zasad „bezwarunkowej kapitulacji” państw osi podanych przez Churchilla i Roosvelta. Warto podkreślić, że polską placówkę w Lizbonie działającą w ramach Akcji Kontynentalnej oceniano bardzo wysoko, głównie za sprawą ponadprzeciętnych zdolności i działań polskiego asa wywiadu.

Jedyną sytuacją, o której podpułkownik Kowalewski nie informował rządu na uchodźstwie, była brawurowa akcja uwolnienia króla Karola II z niemieckiej „gościny” w Hiszpanii. Mistrzowsko zorganizowane uprowadzenie, ze zmianą wozów na górskich serpentynach, mogłoby stać się akcją niejednego filmu akcji. Oficer nie poinformował o akcji przełożonych, aby nie wytworzyć sytuacji obciążającej rząd RP. Akcję przeprowadzono bez jakiegokolwiek wynagrodzenia, w ramach, jak mówił podpułkownik, „działalności koleżeńsko-wojskowej wobec króla jako pułkownika honorowego armii polskiej”. Jak widać oficer traktował prawa przyjaźni niezwykle serio. We wspomnieniach unikał wszelkich nazwisk i okoliczności akcji uwolnienia Karola II.

Nawet gdy kończą się laurki, zostaje służba

Życiu Jana Kowalewskiego bardzo długo towarzyszyła aura wdzięczności i doceniania przez przełożonych jego niepospolitych zdolności. Z czasem zaczął być postrzegany jako ktoś kłopotliwy, żeby nie powiedzieć niebezpieczny. Tak zaczęli go postrzegać (nie po raz pierwszy) Sowieci, ale również Brytyjczycy. Skoro prowadził (zawsze za wiedzą i aprobatą rządu) rozmowy w Lizbonie z Niemcami, zaczęto się tej jego wiedzy obawiać. Toczył też rozmowy w bloku antysowieckim „polsko-rumuńsko-węgiersko-włoskim”. Polski rząd na uchodźstwie, troszcząc się o życzliwe stosunki z Wielką Brytanią, odwołał oficera z Lizbony, ściągnął na Wyspy i tu zaraz mianował szefem Polskiego Biura Operacyjnego, gdzie pod pseudonimem „Zenon” przygotowywał polskie oddziały sabotażowo-dywersyjne do operacji „Overlord”, czyli inwazji w Normandii.

Po zakończeniu II wojny światowej Jan Kowalewski wybrał emigrację, nie chcąc żyć w kraju opanowanym przez komunistów. Do końca życia pisał, wydawał periodyk „East Europe”, po 10 latach przemianowany na „East Europe and Soviet Russia”, zachował też miłość do kryptografii, rozpracowując szyfry Romualda Traugutta i biskupa Załuskiego. Zmarł w 1965 r. w Londynie.

#

Życie Jana Kowalewskiego pokazuje niezbicie, jak okrutna bywa historia, która dla miałkich celów decydentów skazuje na zapomnienie wybitne jednostki. Nie po raz pierwszy dowiadujemy się o losach bohaterów, o których nic nie wiedzieliśmy. To wielki problem dotyczący pamięci zbiorowej i dobrze, że chociaż zbyt późno, to jednak przywraca się pamięć zapomnianym bohaterom. Takie banicje są odwieczne. Widzimy to chociażby czytając wydawane w odstępach 20 lat monografie, gdzie autor kolejnej „zgubił” nazwiska kilku osób. Obyśmy nigdy nie znaleźli się w gronie tych, co własną chwałę tworzą, umniejszając osiągnięcia innych.

 

Aleksandra Zasimowicz
siostra lekarki
nauczyciel dyplomowany informatyki

Źródła ilustracji:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kowalewski#/media/Plik:Jan_Kowalewski_plaque,_%C5%81%C3%B3d%C5%BA_132_Piotrkowska_Street.jpg

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kowalewski#/media/Plik:Kowalewski_%C5%9Al%C4%85sk_1921.jpg

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kowalewski#/media/Plik:Szyfrogram_sowiecki_1920.jpg

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kowalewski#/media/Plik:Kowalewski_1920.jpg

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kowalewski#/media/Plik:Jan_Kowalewski.jpg

 

GdL 3_2021