Egzaminy z chorób wewnętrznych i macierzyństwo

Krystyna Knypl

Sięgając po stare publikacje medyczne oraz wspomnienia, zawsze cieszę się, że są dostępne, bo dzięki nim można odtworzyć to, co minęło bezpowrotnie.
Współczesne czasy, wprawdzie bez cenzury, charakteryzuje specyficzna selekcja – bibliografia medyczna zbyt często odzwierciedla relacje de facto biznesowe (ubrane w szatki nauki lub edukacji), a nie koleżeńskie. A przecież poza biznesem jest jeszcze w życiu każdego z nas miejsce na przyjaźń, wdzięczność, serdeczną pamięć, życzliwość. I taki właśnie jest klucz moich wspomnień.

Studencki egzamin z interny

Jozefina Kownacka400

Do listy osób wspominanych w tej monografii dołączam panią Józefinę Kownacką, u której zapisywałam się na egzamin z chorób wewnętrznych zdawany u prof. Marka Sznajdermana po piątym roku studiów.

Na egzamin należało się zapisać z odpowiednim wyprzedzeniem. Pani Józefina na studenckiej giełdzie uchodziła za osobę dość surowych obyczajów, ale mnie przyjęła sympatycznie. Na koniec rozmowy zadała mi pamiętne pytanie:

– Córeczka pana dziekana, tak? – zapytała przekonana o retorycznym charakterze pytania.

– Nie jestem córką pana dziekana Łapińskiego, mamy jedynie takie same nazwisko – odpowiedziałam.

Dziekanem Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie był wówczas chirurg, profesor Zdzisław Łapiński. Tożsamość brzmienia mojego panieńskiego nazwiska z nazwiskiem dziekana była w owych latach powodem częstych tego typu pytań zadawanych mi w różnych okolicznościach. W klinice chirurgicznej Szpitala Przemienienia Pańskiego gdy zapisywałam się na egzamin, wręcz nie dawano wiary, że nie pozostaję z dziekanem w żadnych koligacjach rodzinnych. Jestem jedyną osobą z mojej rodziny, która wpadła na pomysł bycia lekarzem.

Do egzaminu z interny uczyłam się prawdopodobnie około trzech tygodni. Tak wnioskuję na podstawie wpisów do indeksu. Ginekologię i położnictwo zdawałam 21 maja, a internę 23 czerwca 1967 roku. Po intensywnych lekturach podręcznika interny zgłosiłam się na egzamin, który składał się z części praktycznej i teoretycznej – wraz z koleżanką trafiłyśmy do profesora Marka Sznajdermana. Egzaminator prezentował piękną opaleniznę, szpakowate krótko przystrzyżone włosy oraz udzielający się zdającym spokój. Byłam zadowolona z przebiegu egzaminu i końcowy wynik był  bardzo dobry.

Specjalizacja II stopnia z interny

Moja córka słysząc częste wspomnienia o różnych przygodach z lat wczesnolekarskich nabrała przekonania, że moim najbliższym kolegą był dr Zbyszek Rymaszewski, a całokształt przeżyć lekarskich jawi się jej jako Paragraf 22. Bliższe relacje koleżeńskie ze Zbyszkiem zawiązały się między nami, gdy uczyliśmy się do egzaminu na drugi stopień specjalizacji z chorób wewnętrznych.

Objechaliśmy kilka ośrodków przygotowujących materiał do egzaminu, dopytując o zakres obowiązującego materiału. Sylabusy wtedy nie istniały. Trzeba było tworzyć je aktywnie samemu. Jeździliśmy więc od szpitala do szpitala i męczyliśmy znajomych i kolegów. Gdy dojechaliśmy do szpitala na ulicy Goszczyńskiego, jęknęłam:

– Zbyszek, ja nie mogę, wstydzę się tak pytać i pytać.

– Schowaj wstyd do kieszeni i idź. Wyjmiesz go po egzaminie.

Przygotowywano egzamin testowy, a my byliśmy słabo obeznani z tą formą sprawdzania wiedzy. Na studiach egzaminy testowe były tylko z dermatologii i neurologii. Nikt nie pokazywał nam wcześniej przykładowych testów, nie objaśniał, jak należy je rozwiązywać. Test z dermatologii był pierwszym, jaki widziałam na swoje młode studenckie oczy.

Uczyliśmy się w swoich mieszkaniach, telefonując do siebie wielokrotnie. Test pisaliśmy w sali kliniki pediatrycznej przy ul. Marszałkowskiej. Po egzaminie ogłosiliśmy urbi et orbi, że oto nadciąga hańba porażki. Po korytarzach szpitalnych powiało grozą. Osiągnąwszy należyte efekty towarzyskie, zdecydowaliśmy się zjeść obiad w domu Zbyszka i potem pojechać po wyniki, które miały być wywieszone o godzinie osiemnastej. Zaliczało 127 punktów. Ja miałam 134 punkty, Zbyszek 150 na 180 możliwych. Zdaliśmy!!! Zbyszek po przeczytaniu wyników dostał napadu śmiechu. Chichotał zanosząc się i wydając z siebie wysokie dźwięki. Stojąca obok dziewczyna myślała, że oblał egzamin i płacze. Objaśniłam koleżance, że Zbyszek wydaje z siebie dźwięki radości, a nie rozpaczy.

Macierzyństwo zmienia wszystkie perspektywy

Gdy w 1981 roku urodziłam córkę, wiedziałam, że nie powrócę do pracy na oddziale szpitalnym. Zdecydowana byłam udać się na dłuższy urlop wychowawczy. Za radą pani Krystyny Mączkowej, sekretarki, wzięłam początkowo rok urlopu.

– Pani doktor, idą niepewne czasy. Może będzie pani musiała wrócić do pracy wcześniej. Zawsze może pani urlop przedłużyć.

Uznałam, że rada jest słuszna i podziękowałam pani Krystynie.

Z tego okresu w naszej pamięci pozostaje także list gratulacyjny od zespołu kolegów przygotowany przez dr Zuzannę Kowalską-Majewską oraz pomoc w trudnych dla nas chwilach, gdy nasza córka była hospitalizowana tuż po urodzeniu. Na łamach przygotowywanej książki Wszystkie dzieciaki mają szufladę tak opisał mój mąż wsparcie od Zuzanny.

„W oczekiwaniu na wypisanie Kachy ze szpitala świeżo upieczona mama dochodziła do siebie po cięciu cesarskim – miała bardzo niską morfologię: hemoglobina 9 g%, erytrocyty 2,4 mln i bardzo szybko się męczyła, nawet po tak niewielkim wysiłku jak powiedzenie kilku zdań. Namówiła swoją koleżankę z pracy, dr Zuzannę Kowalską, aby poszła ze mną na ul. Litewską zobaczyć Kachę. Umówiliśmy się na placu Jedności Robotniczej pod politechniką i przeszliśmy kilkaset metrów na Litewską. Dr Zuzanna z lekarską wprawą pokonała portiernię i dalsze bariery, w efekcie okazano nam Kachę przez oszklone drzwi. Pierwszy raz zobaczyłem córkę. Była wymizerowana, ale miała bystre, inteligentne spojrzenie. Pomachaliśmy do siebie. Po powrocie do domu opisałem żonie, jak nasza córeczka wygląda.”

W latach 80. Zuzanna wyemigrowała – początkowo do Włoch, potem do Kanady. Z relacji koleżeńskich dowiedziałam się, że pracuje wśród kanadyjskich amiszów, a do pracy jeździ bryczką, samodzielnie powożąc końmi.

Inna koleżanka, która także wyruszyła na emigracyjny szlak, to dr Zosia Żukowska. Na pewnym naszym wspólnym dyżurze przywieziono z izby przyjęć mężczyznę w średnim wieku, który był bardzo pobudzony ruchowo. W powietrzu wyczuwało się wyraźnie alkohol. Mężczyzna był tak agresywny, że zbadanie go było praktycznie niemożliwe. Byłam bliska wysłania pacjenta do izby wytrzeźwień, jednak męczyło mnie, że właściwie go nie zbadałam. Zadzwoniłam więc do profesora Stanisława Filipeckiego (wówczas mojego szefa na oddziale) z pytaniem, czy mogę odesłać do izby wytrzeźwień pacjenta niezbadanego przedmiotowo. Otrzymałam poradę, abym jeszcze raz spróbowała zbadać, bo bez badania nie jest dobrze podejmować jakiekolwiek decyzje.

Zbliżyłam się do pacjenta, który odepchnął mnie z niezwykła siłą. Zachwiałam się i nieomal wpadłam na pana noszowego, który przywiózł tego pacjenta z izby przyjęć. Pociągnęłam nosem i diagnoza była gotowa. Woń alkoholu wydobywała się z dróg oddechowych pana noszowego, a nie pacjenta, jak pierwotnie sądziłam. Wszystko było jasne: agresywny pacjent miał hipoglikemię. Podałam mocno osłodzoną herbatę, po kilku minutach pacjent na tyle się uspokoił, że można było pobrać krew na poziom glukozy. Wynik: 42 mg%. Po paru strzykawkach glukozy podanej dożylnie rozmawialiśmy bez przeszkód. Pacjent okazał się cukrzykiem. Rano wstrzyknął sobie insulinę, ale nie zjadł śniadania, miał bowiem ważną naradę. Po południu zasłabł i został zabrany z ulicy przez pogotowie ratunkowe.

Po latach spotkałyśmy się z Zosią Żukowską, gdy przyjechała do Warszawy i przekazała nam upominki od Anny Deki, także emigrantki do Stanów Zjednoczonych. Biegając za młodu po korytarzach i alejkach Państwowego Szpitala Klinicznego nie myśleliśmy, że tak ułożą się nasze losy. Odmieniły je lata osiemdziesiąte.

Krystyna Knypl

GdL 5_2020